Galeria

Wiesław Sokołowski – Trwanie – pismo literackie

2007

 

e-mail: trwanie@poczta.onet.pl

 

 

 

Pole tekstowe:  MAREK KWASZKIEWICZ

i jego

WIELKIE DNI PRACY

 

 

 

 

 

Marek Kwaszkiewicz poprzez swoją sztukę   odkrywa wszędzie swoje ślady, odkrywa i  znaczy je po swojemu. Nie wie dlaczego tak dzieje się – bo tak naprawdę któż z nas wie do końca, kim jest i kim stanie się za chwil kilka.

 

 

1.

Znaliśmy się już jako nastoletni chłopcy z nad rzeki Rawki. Z łezką w oku przypominam sobie – jak podrywaliśmy rubinowe pannice. Dandys Kwaszkiewicz dbający o swój styl – jeśli nieład to wyrafinowany, jeśli koszula to w najnowszym odcieniu. Nie sylwetka z żurnala, ale niejako inspiracja dla żurnalisty.

Praca pierwsza – w poligrafii – ręka retuszera niezawodna, posunięta do wirtuozerii.

Nasz okres donżuański – to także Kwaszkiewicz i róża; róża robiona z chleba, róża wielkości palca, róża dłubana paznokciem, dłubana palcami sztangisty, dyskobola, kulomiota. Kwaszkiewicz na poczekaniu robił te cacuszka, by wręczyć je, czerstwej, kilkunastoletniej dzieweczce...

Z jednej więc strony sportowiec z dyplomami, medalami, z drugiej strony koneser różyczek chlebowych. Trzeba bowiem państwu wiedzieć, że prowadziliśmy bardzo intensywne życie towarzyskie. Powielanie jednak różyczek z chleba nie wystarczyło mu, Kwaszkiewicz w jakimś momencie sięga po coś większego, sięga aż po serwetkę papierową stojącą na stoliku kawiarnianym i zaczyna długopisem coś tam kreślić, mazać, rysować.

To ciągłe wypełnianie sobą - delikatnych i nietrwałych serwetek kawiarnianych – stało się jego nowym sposobem na życie. Było czymś dla niego ważnym, bo organizującym mu wolny czas.  Kwaszkiewicz w ten sposób stworzył sobie pracę przez nikogo nie zauważoną. Siedząc godzinami w kawiarni rysował i miał pod dostatkiem materiału, bo z jednej strony miał swój długopis a z drugiej strony setki serwetek na każdym stoliku w każdej kawiarni. Mistrz rysował od niechcenia, chwilami jakby z nudów, rysował  w przerwach między słowem a herbatą, między jedną lampką wina a późnym powrotem do domu.

Tak, Kwaszkiewicz już na początku swojej drogi został nazwany przez nas Mistrzem. W zaproszeniu do widowiska poetyckiego pt. „Szampańskie życie” Kwaszkiewicz figuruje jako Mistrz- plastyk. A był to rok 1966.

 

2.

Każde działanie jeśli jest skazane samo na siebie w końcu obumiera. Kwaszkiewicza „róże chlebowe” czy rysowanie na serwetkach do wycierania noży, do wycierania ust, rąk, nosa – ta jego ekspresja odbywała się na tle kawiarni „Piosenka”, w piwnicy „Largaktil” na Rynku Starego Miasta, na tle starego „Hopfera” (U pani Stasi) obok „Dziekanki” - czyli w gwarze rozdygotanym radością życia – w gwarze Szlaku Królewskiego w Warszawie.

Tutaj luminarze naszej kultury drobniutko dreptali, zaś ich nadzorcy pędzili służbowymi wołgami do KC po nowe instrukcje. Krakowskie Przedmieście było bowiem w tamtych latach ogromnym salonem ducha przekory i niezależności nas wszystkich.

Myślę więc, że Kwaszkiewicz miał wielkie szczęście, że znalazł się akurat w tym miejscu i w tym czasie.

 

3. 

Nasze kilkuletnie mieszkanie na Aplikanckiej 7, nasze przez wiele lat wspólne próby w „Problemiku” potem w „So-Domie”.  Nasze wędrowanie skuterem po całej Polsce, od Świnoujścia do Gdańska, od Warszawy do Poznania, od Skierniewic do Lublina, Olsztyna i dziesiątek innych miast i miasteczek. Wierzę, że nasz bohater uraczy nas swoimi opowieściami na temat tych wędrówek – ponieważ ja kierowałem skuterem i byłem tak przejęty prowadzeniem tej „diabelskiej maszyny”, że nic doprawdy nie pamiętam z tych niepowtarzalnych widoków.

Młodość ma zresztą swoje prawa, wszystko zapada w nas mocniej i głębiej - zostawia ślad, żłobi piętno, kreśli lot, hartuje myśl, uzbraja nas w szlachetne szaleństwo, które pozwala nam trwać w państwie zawłaszczanym przez obcą nam mentalność.

Pamiętam w tamtym okresie gdy wracałem z Rawki na Aplikancką - postawiono mnie na ulicy Koszykowej pod mur i rewidowano. Miałem w torbie słoiki z konfiturami od mamy. Podjechali błyskawicznie z kilku stron i rzucili mną o ścianę. Nieraz myślę sobie co z tymi typkami, na pewno niejeden z nich w kulturze działa – może i dlatego nam tu dziś tak bardzo trudno żyje się.

  Kwaszkiewicz nie zintegrował się z żadną strukturą, z żadnym związkiem twórczym, z żadną uczelnią artystyczną. Jest wprawdzie członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków a jego koledzy bywają nawet u steru tychże organizacji, ale on z tego powodu chyba nie czerpie jakichkolwiek profitów. Jest właściwie w tym środowisku jakąś osobą coraz bardziej nie z tego świata – a więc izolowany przez własnych kolegów, tych bardzo zaradnych, bardziej ustawionych rodzinnie, zdolnych rozmawiać z urzędnikami, zdolnych znaleźć swoje dochodowe miejsce u kolejnych naszych rządzicieli.

 

 

4.

Są wielkie dni pracy – wtedy maluje od rana do wieczora i czeka na telefon. Mówi – jeden telefon pozwala mi przeżyć kilka kolejnych miesięcy, dlatego muszę być, żyć, istnieć w Warszawie. A jeśli telefon zadzwoni a mnie nie będzie – będę np. tu w Rawce; któż u nas ma czas na czekanie czy szukanie artysty. Nie ma go – zainteresowanie mija. Kupują innego. Przepraszam, że tak ostro i może chwilami przesadnie sportretowałem sytuację obecną naszego mistrza. Dziś, by żyć z obrazów malowanych przez siebie i nie poddać się całkowicie komercji, dziś w Polsce jest zaledwie kilku malarzy, no może kilkudziesięciu. 

 

5.

Kiedy tak przy kieliszku  mocnego alkoholu dyskutujemy w jego pracowni przy ul. Racławickiej 36 i zastanawiamy się któż tak naprawdę zrobił tu karierę  - okazuje się, że tak naprawdę nikt. Malarz umiera, zostawia swój dorobek, jeśli ten dorobek jest w miarę nie rozproszony, wtedy jest jakaś szansa zrobienia wystawy retrospektywnej. Czy Kwaszkiewicz dziś, w tej chwili jest w stanie zrobić taką swoją wystawę. Obawiam się, że nie – gdyż wiele ważnych jego obrazów jest rozproszonych po świecie. Wprawdzie w ostatnich dniach czytamy w jego katalogu:

„Latami nieobecny na scenie plastycznej lub wystawiający sporadycznie, Kwaszkiewicz ponownie zasługuje na odkrycie i wylansowanie. Okazał się bowiem twórcą autentycznym, wsłuchanym w swój czas wewnętrzny i konsekwentnym w  malarskiej pasji. „

Tak oto skwitowano jego dwie wystawy, które pojawiły się w br.  na obrzeżach Warszawy . Jeśli rzeczywiście ów krytyk reprezentuje jakąś strukturę władzy, to  może  będziemy w niedalekiej przyszłości skazani na   codzienną obecność Kwaszkiewicza w mediach.   

 

7.

    Malarz jeśli jest nim rzeczywiście  porusza się z jakimś wewnętrznym kompasem, który pozwala mu odnaleźć swoją drogę. Bo jeśli zawiedzie go instynkt, jeśli pogubi się w sobie,  w życie jego wkracza zamieszanie, które ściera z powierzchni istnienia nieraz wszystko. Nie wiem czy kiedykolwiek były dobre czasy dla nas. Jednak te niekorzystne sytuacje można minimalizować, można omijać, można wybiegać wyobraźnią tam, gdzie jesteśmy sami, gdzie możemy ładować się mocą, energią, by rano móc znów wstać i znaleźć siłę do przeżycia jeszcze tego jednego darowanego nam dnia .

 

***

Marek Kwaszkiewicz postawił na konia jedynego - na malowanie obrazów. Można powiedzieć, że w swoim postępowaniu jest artystą totalnym, nie do zaakceptowania na dalszą metę przez  świat obrastający w fałsz  komercji. Nie jest także do zaakceptowania przez te środowiska, które rozumienie sztuki uzależniają od mód, wszelakich psychoz politycznych czy innych zlecanych w danej chwili dewiacji. Jest to wielce niebezpieczna sytuacja dla niego samego, gdyż takich ludzi z zasady ruguje się z przestrzeni  społecznej.  Po prostu nikt  powołany zawodowo do wspierania sztuki nie ma potrzeby ani interesu by zajmowania się twórczością Marka Kwaszkiewicza.

 

I tak jak pojawił się nie wiadomo skąd, tak też może zniknąć nie wiadomo gdzie.

 

 

tu kliknij >Marek Kwaszkiewicz - Malarstwo polskie

 

tu kliknij >Wróć na stronę tytułową