Galeria

Wiesław Sokołowski – Trwanie – pismo literackie

2007

 

e-mail: trwanie@poczta.onet.pl

 

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Od lewej: Agnieszka Sokołowska, Anna Ostrzycka ,  Marek Rymuszko, Wiesław Sokołowski. Zdjęcie zrobiono przed siedzibą „ZA”.

 

MAREK RYMUSZKO

i

Odezwa do Wstydu

 

 

 

I może nasz znakomity gość będzie kręcił głową z pewnym niedowierzaniem – ale przyjmuję go tu w naszej galerii „ZA” jako człowieka sztuki i to tej najwyższej próby. Chcę go prosić by nie protestował, że jest inaczej - że on pisze to co widzi, że jest wyrobnikiem, szarym reportażystą. 

 

1.

 Marka Rymuszkę poznałem chyba w roku 1983 -  właściwie to on mnie odszukał. W tym czasie, wspólnie z Jagą żoną moją, pracowaliśmy nad „Misteriami bolimowskimi”; nie wiem jak to się stało ale  udało mi się wydrukować w „Prawie i Życiu” artykuł  o naszych poszukiwaniach i realizacjach. związanych z użyciem po raz pierwszy na świecie broni chemicznej nad rzeką Rawka w okolicach miasteczka Bolimów.

Marek po tym artykule odszukał nas  w Rawce. Dałem mu wszystko co miałem w tej sprawie a także   swoje poetyckie zapisy. Za kilka tygodni przychodzi pocztą 30-stronicowy esej, za kilka miesięcy książka, potem nagrody wyróżnienia.

I właściwie ta jego wypowiedź, ta świadomość określająca nas, naszą działalność    mimo upływu przecież wielu lat staje się coraz bardziej świadectwem mojej, naszej tu obecności.

Mogę powiedzieć, że „Trzynasty krąg Sokoła” dał mi siłę, by stawić czoło tej beznadziei na jaką skazano mnie, moją rodzinę, nasze środowisko.

 

2.

Są wiersze, zapisy, które odsłaniają nas. Ale są także teksty inne, szczególne, które są kluczem do nas, do naszej pracy czy działalności; znaczą one drzwi, okno przez które przechodzimy, przez które oglądamy siebie, nasze życie. Bez nich, bez tych  – „fundamentów”   twórczość jest kaleka, niepełna.

Może za daleko odpłynąłem, ale chciałem choć w tej formie podziękować Markowi za jego obecność wśród nas.

Tu, w Rawce „Trzynasty krąg Sokoła” trzymał nas na duchu - pozwolił nam przetrwać okrutny czas, czas świadomego rujnowania, zniesławiania i oczerniania naszej drogi - zabijania naszego życia.

 

3.

 Dziś Marek płynie innym nurtem. Dziś jako redaktor naczelny „Nieznanego Świata”, pisma coraz bardziej szanowanego, wiarygodnego, poszerzającego     przestrzeń o sprawy wyjątkowe i  ważne - dziś Marek jest tu wśród nas, wśród poetów, malarzy, rzeźbiarzy. Wyobrażam sobie jaki kręci kierat sobą – bo przecież są to czasy niedobre dla jakiegokolwiek pisma. Jest wprawdzie wolność – ale cóż znaczy taka wolność skoro kraj nasz jest wycieńczony, dewastowany, ludzie zagubieni, zmęczeni – programowo demoralizowani, programowo zapędzani w ślepy róg nieistnienia.

Na pewno nasz znakomity gość opowie o swoich obecnych przepychankach z redagowaniem  pisma. O tyle nas to interesuje, że my tu istniejemy w słowie od wielu lat, jednak nie możemy a raczej nie pozwolono nam na otwarcie pisma literackiego.  Nasze  usilne zabiegi spełzają na niczym – ciągle są odsuwane w czasie.

 

 

4.

 Na przestrzeni wielu lat Marek Rymuszko wielokrotnie zabierał głos. Nie było spraw tabu. I tak w książce „Przypadki Metafizyczne” wyd. 2002 r. na str 387  pisze  „... w dziewięćdziesiątym drugim roku wybuchła pamiętna awantura z ujawnieniem tajnych współpracowników SB i lustracja, czemu towarzyszył postulat, by każdy miał prawo wglądu do własnej teczki spoczywającej w zasobach archiwalnych służb bezpieczeństwa (okazało się bowiem, że wszyscy jesteśmy zasobem archiwalnym), u Sokoła zjawił się pewien młody człowiek, związany wcześniej ze Zrzeszeniem Artystycznym ZA. Był w stanie histerii, gdyż sądził, że w Polsce lada moment zacznie się gremialne demaskowanie wszelkich ludzi, którzy współpracowali z tajnymi służbami, przyznając, iż został swego czasu do tej współpracy wciągnięty i systematycznie pisywał raporty ze spotkań w środowisku artystycznym, na jakie go zaproszono, zaklinał się, że czynił to pod przymusem i w taki sposób, by nie wyrządzić innym krzywdy. Był przerażony, co się stanie, jeśli prawda wyjdzie na jaw (Skierniewice są małym miastem) i prosił Sokoła o... obronę.

Po upływie kilkunastu dni, kiedy stało się jasne, że nic mu nie zagraża, gdyż zamierzone przedsięwzięcia ustawodawcze dotyczą jedynie posłów, senatorów i urzędników państwowych, odwiedził Sokoła w domu ponownie. Najpierw upewnił się, czy rozmówca tamtej rozmowy nie nagrał, a po usłyszeniu, że poecie nie przyszło to w ogóle do głowy, poradził, by Sokół zapomniał o całej rozmowie, bo w przeciwnym razie może spotkać go coś przykrego (dokładnie brzmiało to tak, że przerobi twórcę „Misterium bolimowskiego” na szmelc). Jeszcze później przysłał list, w którym przekonywał, że został źle zrozumiany, gdyż nigdy z SB nie współpracował. Coś się komuś musiało pomylić, nad czym ubolewa.

Z wcześniejszych zwierzeń archiwisty  wynikało, że w pisanych donosach przedstawiał Sokoła jedynie jako alkoholika, co w środowisku artystycznym uchodzi, powiedzmy sobie szczerze, za cechę niezbyt naganną i w miarę prawdopodobną. Z tego punktu widzenia nie miał już oczywiście znaczenia fakt, że mój przyjaciel prawie w ogóle nie pije ani nie jest, jak sugerowano przy innej okazji, narkomanem. Takie opinie, lasowane przez tajne służby i podsuwane  komu trzeba, wykazują bowiem niezwykłą żywotność i potrafią powrócić rykoszetem nawet po latach.

Co wówczas zrobił mój wspaniały Sokół? Powiedział mi, że, kiedy ów człowieczek, do cna przerażony i spocony ze strachu, poprosił go o pomoc (nieustannie podkreślał, że ma żonę i dzieci, a w raportach pisywał o twórcach ze zrzeszenia Za w sumie same dobre rzeczy) – poczuł mrowienie na plecach. Ponownie zasygnalizowało ono swoją obecność w momencie, gdy po powrocie z gór zastał znajomka czyhającego przed furtką i, po powzięciu przezeń wiadomości, że nie istnieje żadna taśma z utrwalonym na niej pochopnym wyznaniem – usłyszał z jego ust, iż w przypadku niezachowania dyskrecji, zostanie przerobiony na szmelc.

No cóż – napisał Sokół w lokalnych Wiadomościach skierniewickich  z właściwą mu gorzką, filozoficzną zadumą -  Przyszedłem do domu, a szło mi się jakoś wolno, wziąłem kartkę papieru i napisałem tych kilka zdań – bo przecież nie wiadomo, kiedy przyjdą po mnie, aby przerobić mnie na szmelc. Może już dziś w nocy, a może jutro ? Może jak będziesz czytał te słowa, czytelniku, ja będę już szmelcem, ponieważ spotkałem na swej drodze wystraszonego, zszokowanego kapusia, który zobaczył siebie oczami wyobraźni na liście konfidentów. Pomyślałem o swoich nieżyjących kolegach, którym jakoś nie układało się tylko dlatego, że myśleli po swojemu. Pomyślałem więc o wielu innych drobiazgach, a jednym z tych drobiazgów jest to, że może powinienem ten zapis, zrobiony na gorąco, właśnie w tej formie opublikować w prasie. Bo może znajomek, który od wielu tygodni czeka na swoje nazwisko w gazecie, przeczyta kilka moich słów i dowie się, że bez sensu jest kogokolwiek i w jakikolwiek sposób przerabiać na mydło. Nie ma potrzeby chodzić za mną i mnie uciszać... przecież milczę.

 

5. 

 

Odezwa do Wstydu

 

1.      Słowo nasze.

2.       Droga nasza.

3.      Jesteśmy więc -

4.       Doskonałością.

5.       Świętością.

6.       Mądrością.

7.      Nadzieją i miłosierdziem.

8.      Jesteśmy – bo raz otwieramy, bo raz zamykamy okiennice.

9.      Bo raz otwieramy, bo raz zamykamy usta.

10.  Bo jest sens odtąd.

11. Bo jest prawda dotąd.

12.  Ci zaś, co są bez nas - idą tylko do piachu.

13.  Ci zaś, co są z nami – idą tylko do nieba.

14.   Tak było, tak jest i tak będzie – gdyż każdy świt znaczy potęgę naszą - choć wokół skały pękają, kruszą się i rozpadają.

 

 

Pisałem, Rawka, 1995 – 2007

 

Wróć na stronę tytułową