Sublokator. Wojciech Aleksander

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Eseje

o  twórczości i działalności

Wiesława Sokołowskiego

pisanych przez:

Andrzeja Wołosewicza

Justynę Wiśniewską

Agnieszkę Sokołowską

Szczęsnego Wrońskiego

Marka Rymuszkę

 

w przygotowaniu wypowiedzi

Jerzego Juliusza Emira

Edwarda Hołdy

Ryszarda Bruna – Milczewskiego

Zygmunta Trzyszki

oraz

innych autorów

 

 

 

*

 

Andrzej Wołosewicz

 

 

Boże, chroń Sokołowskiego…

 

 

I – Autor, którego nie ma…

 

Co to znaczy, że nie ma? Ano tyle, tylko tyle i aż tyle, że w zdawałoby się przekrojowych, więc z niejakimi aspiracjami do ogarnięcia całości, choćby dwutomowa „Literatura Polska. Przewodnik encyklopedyczny” Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000. Wydawnictwo Naukowe, więc nie w kij dmuchał. Zauważa się tu tak lichych autorów jak Marcin Wolski przyklejający się do każdej władzy (z radiowej 3-ki odszedł był jako działacz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego – od tamtej pory chętnie „zapomina” o swojej wieloletniej przynależności i awansach w strukturach; nie wypominałbym mu tego, gdyby nie ta wybiórcza autokreacja na Wielkiego Opozycjonistę o Dziurawej Pamięci) czy Włodzimierz Sokorski (żelazny Prezes komunistycznej telewizji) a nie uświadczysz – ot, taka dziwna optyka - Wiesława Sokołowskiego, chociaż władza pamiętała o nim osadzając go – w czasie słusznie minionym - w Białołęce wcale nie za przejście po pasach na czerwonym świetle (w końcu to bardzo słuszny kolor!) Może przypomniała sobie o notorycznie wywieszanym przy okazji realizowanych wystaw czterowierszu:

 

„Martwe rzeki

czy są rzekami

Martwa wolność

czy jest też wolnością?”

 

Dlatego obowiązkiem nas wszystkich, którym literatura jak wódka leży na wątrobie jest przywracanie zbiorowej pamięci twórców, których przykryły słynne już białe plamy. Tych plam w literaturze jest znacznie więcej niż w historii, bo zainteresowanych odkłamywaniem tej ostatniej jest więcej zainteresowanych choćby ze względu na interes polityczny i tym samym zaangażowane są większe moce. Skoro tak tym większa nasza odpowiedzialność.

 

Dla mnie przygoda z wierszami Sokołowskiego przypomina nizanie świata w sznur pereł. Jego wiersze to nizanie sznura pereł z kropel rosy – taka w nich świeżość doświadczenia, choć przecież rozpoznajemy ją (jeżeli mamy ucho poetyckie) jak swoją. Skąd ta świeżość? Według mnie z dwóch rzeczy. Z formy. Kruchej, u-lotnej (w dosłownej lekkości). Wiersze Sokołowskiego to wiersze-sygnały, wiersze-echa jego dziwienia się światu. Wiersze Sokołowskiego odsłaniają jego prywatną metafizykę z-dziwienia, Wielką Metafizykę Zdziwienia! A po wtóre świeżość Sokołowych wierszy bierze się z ich otwarcia polegającego na tym, że element skupienia świata w wierszu (a każdy wiersz jest taką soczewką skupiającą w sobie świat, jakiś jego fragment - jeśli tego skupienia nie ma, przelatujemy przez wiersz jak przez pustkę a on przez nas jeszcze szybciej) nie przeważa nad elementem wprowadzenia, otwarcia na świat, lecz jest mu wyraźnie podporządkowany. Inaczej mówiąc satysfakcja poetycka Sokołowskiego nie wyczerpuje się na tym piętrze, na którym wiersz łapie czytelnika i go „zainteresowywuje”(z takich czy innych powodów) – a poeta wtedy mówi: udało mi się! – lecz przechodzi na piętro wyższe, gdzie czytelnik dzięki wierszowi wchodzi w kontakt (emocjonalny, intelektualny, mentalny czy wyobrażeniowy – to zależy już od konkretnego wiersza) ze światem a Sokół-poeta może spokojnie rzec: udałem się Pegazowi!

 

Kiedy czytam Sokołowskiego, to mam nowy impuls do pisania swojej summa poetica, bo Sokołowski uczy mnie, że „wiersze leżą na ulicy”. One sobie leżą, ale trzeba umieć je podnieść, a to sztuka wcale nie łatwa. Większość poetów podnosi je w sposób pokrętny i przegadany i wznosi aż do nieba pustej i niestrawnej abstrakcji zapominając, że poezja nie jest zastąpieniem mowy bez treści metaforą – tej maksymy trzymam się mocniej niż pijany płotu (a parę płotów poznałem i jeden przystanek autobusowy, więc wiem o czym mówię) i w Sokołowskim, w jego wierszach czuję jej mocnego poplecznika. Poezja Sokołowskiego jest więc prosta i trudna zarazem. Jest prosta, bo – tak ją widzę i odbieram – programowo unika komplikowania, jest trudna, bo skomplikowanie świata odsłania i nas na nie otwiera. Jest trudna, bo rozmowy czytelnika ze światem wierszem (i w wierszu) nie zamyka, ale tą rozmowę wierszem dopiero zaczyna i w tym sensie jest niesłychanie wymagająca. A przy tym jest w ujmujący sposób rozpoetyczniona, powiedziałbym, że – przy całej różnicy i odmienności formy i treści – iście po leśmianowsku tzn. tak bardzo jest osobna i własna, co nie znaczy, że mniej komunikatywna, dokładnie odwrotnie: jeśli jej wymaganiom się sprosta, to kontakt nawiązuje się z Sokołowym światem, światem jego artystycznej kreacji więcej niż bliski. Kończę ten słowotok, bo nie można żądać od przemowy tego, co należy do pieśni. Niechaj  więc przemówi pieśń sama trzema wybranymi przykładami:

 

        Trwanie

 

co rano

stajemy na przeciw

siebie

 

i nic czas

mija

 

co rano

wypowiadamy słowa

lub milczymy

 

i nic

czas mija

 

co rano

a może około południa

otwieramy oczy

zdumieniem

 

i nic

czas mija

 

co rano

a może już ku mrokowi

wypowiadamy słowa

jak zaklęcia

 

i nic

czas mija

 

 

 

3.

i były tam ogrody fontann

                        i kostnic

i dzikie panny

i róże przez kaleki

i bezdomne koty

z wąsem

 

 

7.

minęło

wczoraj

minęło

jutro

 

minęły

słowa

minęła

wiara

 

ostał

cham

 

podniesiony

do rangi

baranka ekranu

 

Po tych przykładach chcę jeszcze koniecznie powiedzieć jedną rzecz, a mówię to po raz pierwszy (choć przeczytałem wielu poetów i wiele wierszy). Kiedy Camus mówi, że „ostatnim wysiłkiem twórcy czy zdobywcy jest umiejętność wyzwolenia się od własnych spełnień: zgoda na to, że dzieło, czy jest to podbój, miłość czy twórczość, może nie istnieć”, to myślę przede wszystkim o swoim pisaniu i błogim stanie ducha: teraz kiedy wiem, że są na świecie wiersze Sokoła, mógłbym nie pisać (a miałem już kilkunastoletnią przerwę w pisaniu wierszy, nawet nazywałem ją, że to raczej one, wiersze mi się nie piszą – więc nie jest to stan mej duszy obcy), bo wiersze Sokoła spełniają mnie jako poetę! To chyba jedyny wypadek – a mówię po stokroć szczerze – gdy jeden poeta znajduje takie spełnienie w wierszach drugiego. Dzięki Ci, Sokole za twe słowne dary… (kilka wskazań na trudnodostępne, bo wydawane na ogół staraniem niszowego Wydawnictwa ZA tomiki Wiesława Sokołowskiego: „Jeszcze za wcześnie” 1976, „Memoria Arae” 1978, „Trwanie. Pomimo” 1993, „Obumarli” 1998, „Lubię” 2002, „Boże chroń poetów” Wydawnictwo „U poety” Kielce 2004)

 

 

II – … o ludziach, których nie było!

 

         Sokołowski od lat prowadzi pismo literackie „TRWANIE”, która to nazwa najlepiej oddaje to, co dla Sokoła charakterystyczne: działać mimo wszystko. A tych mimo wszystko miał Sokołowski niemało, od Nowej Galerii Poezji i Malarstwa u Hopfera (lata siedemdziesiąte) poprzez Salon Poetycki ZA na Srebrnej 12 (już w latach dziewięćdziesiątych) do stałej opoki, jaką jest Stowarzyszenie Artystyczne ZA (w Rawce od zawsze do zawsze). Dzięki tym doświadczeniom stał się nie tylko współtwórcą Szlaku, ale też jednym z nielicznych jego kronikarzy. Właśnie o jego najnowszym dziecku literackim chcę opowiedzieć. Zanim opowiem, krótka wzmianka jak trafiłem na Sokoła. Był rok bodaj 2002 gdy jurorował on Piastowskiej Biesiadzie Poetyckiej (obok Pawła Kubiaka, Zdzisława  Antolskiego, Bohdana Urbankowskiego). Zwróciłem wtedy uwagę na dwie rzeczy. Krótką, gęstą, jakby poszarpaną frazę poezji Sokołowskiego i jego… nieśmiałość, wstydliwość prawie! Wyobraźcie sobie: facet po 60-ce, z poezją, której moc silnie emanuje spłoszony krytyką kogoś z publiczności, że to nie to, że to nie tak, że o co chodzi i tak dalej. To mnie ubodło i zachęciło do głębszego i szerszego poznania Sokołowych wierszy, o których pisałem w części I-ej.

 

         Teraz mam przed sobą książkę „Przecież milczę. Niepokorni Szlaku Królewskiego” Wydawnictwo Za, Skierniewice-Rawka 2008. Książka to niezwykła, serdeczny zapis pamięci o ludziach, z których wielu już odeszło do lepszego świata: Eugeniusz Wygocki „Benio” (1937-1973), Jerzy Zieliński „Jurry” (1943-1980), Jerzy Juliusz Emir (1940-1996), Marian Bogusz (1920-1980), Andrzej Partum (1938-2002), Wiktoria Iljin (1918-1995) by wymienić tylko niektórych bohaterów książki Sokołowskiego. Niezwykłość zadania, jakiego podjął się Sokół polega na tym, że po wielu ślad by zaginął wraz z ulotną pamięcią ludzką, inni – np. Stefan Gierowski, Stanisław Stanik, Marek Kwaszkiewicz – zostawili i zostawiają trochę swoich śladów także i teraz, ale wspólnym mianownikiem ich malarskich, plastycznych i literackich dokonań pozostanie Trzeci Obieg, termin ukuty przez Sokołowskiego i bardzo trafnie oddający ich usytuowanie w miejscu, którego nie ma tzn. tak poza obiegiem oficjalnym, jaki poza zinstytucjonalizowanymi strukturami PRL-owskiej opozycji. Nazywam „Przecież Milczę” zapisem serdecznym, bo nie jest to stricte historia czy dokument – a przydałoby się rzeczywiście naukowe opracowanie historii Szlaku Królewskiego od Grochowiaka, poprzez Partuma i kolegów, po jeszcze żyjących; kiedyś nawet Sokół namawiał mnie na takie przedsięwzięcie, ale nie czułem się na siłach, dobrze więc, że on sam zdążył coś jednak utrwalić – lecz przekaz gorących rozmów, wędrówek, spotkań i przygód. Dzięki temu łapiemy Niepokornych w locie, czujemy ich oddech, możemy rozpoznać czy są przed czy już po wcale nie symbolicznej lampce wina. Autor, choć wszystkie jego wspomnienia i zapiski o  Przyjaciołach nie tryskają optymizmem ze względu na „milczący los” bohaterów Szlaku, potrafi jednak natchnąć czytelnika dobrym przekazem, przekazem Dobrej Nowiny Artystycznej, dlatego właśnie, że dla większości nie tylko tzw. zwykłych odbiorców kultury, bo i owych znawców, którzy bohaterów Szlaku nie zauważyli w swoich antologiach sama możliwość odkrycia choćby z „drugiej ręki” istnienia Partuma czy Emira winna być ucztą, winna być wezwaniem do samodzielnego już podążania ich śladami. Jerzy Emir pisał (w 1982 roku):

 

zaszczuty przez was drodzy towarzysze

drogi koniecznej lecz jakże niespójnej

uciekam w obłok istności podwójnej

i nic już dla was więcej nie napiszę

 

jeśli myślicie że tym wam coś ujmę

możecie we mnie zrewidować ciszę

ocenzurować poświst mych zadyszek

i zamknąć przewód oddechu na trumnę

 

bat który sprawnie dzierżycie nad stadem

równie mnie tyczy jak i psia obroża

 

bo ja nie batem a językiem władam

świetlistą ciszą na krawędzi noża

 

i nie zwykłem aby iść za śladem

lecz pozostawiam ślady na bezdrożach

 

Jeżeli chcesz, Czytelniku innych przekazów, innych doświadczeń dotrzyj np. do wspaniałej sceny hotelowej wieńczącej pobyt autora „Przecież Milczę” z Partumem na spotkaniu w galerii poznańskiego Teatru Nowego prowadzonej podówczas przez Włodzimierza Branieckiego. Nie wspominając o towarzyszącej Sokołowi żonie Agnieszce, będącej nie tylko jego Muzą, ale i dzielącą z nim artystyczne pasje i artystyczne losy czy Marku Rymuszce, z którym łączy Sokoła wiara w głębię i autentyczność ludzkiego życia, jeśli tylko człowiek tak chce je prowadzić, jeśli nie idzie na lep łatwych rozwiązań okupionych koneksjami na rzecz półprawd, półmyśli - słowem kłamstwa.

 

         „Przecież Milczę. Niepokorni Szlaku Królewskiego” ma jeszcze i taki walor, że zawiera mnóstwo zdjęć z prywatnego archiwum autora i Przyjaciół, dzięki czemu możemy w jakiejś mierze zobaczyć a przynajmniej podejrzeć Szlak i takie jego miejsca jak „U Hopfera”, historyczne już „Hybrydy” czy legendarny „Largaktil” na Rynku Starego Miasta.

 

         Mam nadzieję, że książka Sokołowskiego będzie preludium do możliwie pełnej dokumentacji historii Szlaku, do przedstawienia tego, czego mi u Sokoła zabrakło, ale co ze względu na rzeczoną serdeczność przekazu rozumiem – idzie o uzupełnienie o notki biograficzne jego Przyjaciół (co choćby w świetle wad przywoływanego „Przewodnika encyklopedycznego” zdaje się koniecznością), których dzieje artystyczne i osobiste dla Sokoła są oczywistością, ale dla innych na pewno nie. Cieszę się, że Wiesiek Sokołowski zaczął i mam nadzieję, że sam będzie – mając za sobą archiwum Muzeum Szlaku w Rawce i „archiwum” własnej pamięci, notatek, zdjęć i obrazów – chciał i miał siłę ciągnąć Dzieło. Tym bardziej, Wieśku, że im dalej w czasie będziemy od Historii Szlaku Królewskiego, jakże symbolicznie „zamkniętej” tegoroczną likwidacją „Poziomki”, tym więcej znajdzie się jego zagorzałych uczestników, zwolenników i wyznawców wszelkiej maści, którzy będą wiedzieli więcej, lepiej, dokładniej i dowcipniej, bo nikt już ich nie będzie mógł bez Ciebie zaudytować… Dlatego – Boże, chroń Sokołowskiego.

                      

        

Wiesław Sokołowski „Przecież Milczę. Niepokorni Szlaku Królewskiego” Wydawnictwo ZA,  Skierniewice-Rawka  2008, str. 205

 

 

 

 

 

 

*

 

 

 

 

Agnieszka (Jaga)  Sokołowska

 

 

MARSHALL MCLUHAN

ORAZ 30 LAT ISTNIENIA AUTORSKIEJ GALERII „ZA”

IM. MARIANA BOGUSZA

 

  

 

Artysta, który nie potrafi uwolnić  się od  powtarzania jednostronnych ukierunkowań      kulturowych sprzeniewierza się swojemu powołaniu.  Francoise Gilot w swej książce Life with Picasso (Życie z Picassem)  notuje następującą uwagę:

Gdy maluję, zawsze staram się stworzyć obraz, którego ludzie nie oczekują i którego nawet nie zechcą zaakceptować. To mnie interesuje i w tym właśnie sensie mówię o sobie, że ciągle próbuję burzyć porządek rzeczy. Rzecz w tym, że stwarzam człowiekowi obraz jego samego, przy czym obraz ten składa się z elementów zapożyczonych z tradycyjnych obrazów, oddających zwykłe widzenie, lecz elementy te są złożone razem w sposób tak zaskakujący i niepokojący, by człowiek nie mógł uchylić się od rozważenia pytań,  które ten obraz stawia.1/  Edward Hall w pracy The Silent Language ( Milczący język ) mówi o tym że:  Prawa rządzące środowiskiem, jego strukturą i ogólny układ umykają percepcji ludzkiej z wyjątkiem tych przypadków, kiedy dla przyciągnięcia uwagi zostaje celowo stoworzona antysytuacja lub antyśrodowisko.2/

 

Typową reakcją ludzi na niszczące działanie nowej techniki jest chęć  odbudowy starego  środowiska  bez wykorzystania otwierających się nowych możliwości.  Dowodzi to niezrozumienia istoty działających wokół sił. Zdaniem McLuhana - oznacza to również, że nie potrafimy  wykształcić środków koniecznych do panowania nad nowym środowiskiem. Artysta będąc twórcą anty-środowiska pozwala nam dostrzec wiele nowych elementów środowiska najbardziej aktywnych w przekształcaniu warunków życia ludzkiego. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu w ubiegłym stuleciu w niektórych sferach uważano artystów za wrogów czy nawet przestępców.3/

   Picasso powiedział: Sztuka i wolność są jak ognie Prometeusza, trzeba je wykraść i wykorzystać do walki z ustanowionym porządkiem. Sztuka oficjalna, otwarta i powszechnie dostępna to po prostu nowy akademizm. Jeśli sztuka uzyska kiedykolwiek prawo obywatelstwa w mieście to tylko wówczas, gdy stanie się już tak rozwodniona, pozbawiona żądła, bezsilna, że nie warto o nią walczyć.4/    Społeczeństwo pozostaje zawsze krok w tyle za swoim środowiskiem.5/

 

   Twórcą jest każdy kto pracując w jakiejkolwiek dziedzinie - w pełni rozumie jakie znaczenie ma jego działalność oraz nowa wiedza dla czasów, w których żyje.  Jest  to  człowiek o świadomości  zintegrowanej,  potrafi skorygować współzależności  między  zmysłami, nim zadane przez nową technikę uderzenie sparaliżuje świadome działanie. Jeżeli - mówi McLuhan - sztuka jest źródłem precyzyjnej wiedzy o tym jak przekształcić własną psychikę 6/ - to jak należałoby tę prawdę przekazać ludziom mogącym z niej wyciągnąć wnioski praktyczne?

 

  Wynagradzanie artystów - mówi McLuchan - i otaczanie ich szacunkiem może być sposobem na to, by zignorować ich prorocze dzieło i zapobiec wyciąganiu z niego w porę zbawiennych wniosków. Duża rola w tego typu działaniach przypada całemu zbiurokratyzowanemu systemowi upowszechniania sztuki, który traktuje artystę jako luksus, błahostkę, lub wręcz pigułkę uspokajającą.

  

Przemiana jakiej uległa sztuka współczesna polega nie tylko na zrezygnowaniu z przedstawiania ale i na odrzuceniu fabuły. Ciągła narracja w poezji, powieści i filmie ustąpiła miejsca wariacjom tematycznym. Przed wynalezieniem druku skryptor, autor i czytelnik stanowili jedność. W epoce druku, autor i wydawca reprezentują  wysoko  wyspecjalizowane formy działania. Książka drukowana, była pierwszym produktem masowym  i  dała  początek  jednolitym  cenom. Obecnie  - dzięki kserografii autor, wydawca i czytelnik znów się jednoczą - książka wykonana jest stosownie do indywidualnych potrzeb odbiorcy.

 

 W wieku informacji środowiskiem staje się sama informacja. Wyposażając naszą planetę w satelity i anteny tworzymy środowiska ogarniające ziemię. Szczególną właściwością  jest ich złożoność – przekształcają swą zawartość w formy archetypowe. W miarę przekształcania się w zawartość nowego środowiska informacyjnego - ziemia - można tak powiedzieć - zmienia się w dzieło sztuki.

 

   Dopiero gdy pojawia się nowe środowisko dostrzegamy  istnienie starego. Tylko dzieci i artyści - mówi McLuhan - dzięki swemu bezpośredniemu spojrzeniu widzą samo środowisko. Artyści dają nam antyśrodowiska, które pozwalają zobaczyć środowisko właściwe. Aby to, antyśrodowisko mogło spełnić swoją rolę trzeba je stale odnawiać.7/

   W  okresie  przyspieszonych przemian potrzeba dostrzegania środowiska staje się coraz pilniejsza. Z drugiej strony, właśnie przyspieszenie przemian coraz bardziej to postrzeganie uniemożliwia. Bernard Russell powiedział: gdyby temperatura wody w wannie podnosiła się zaledwie pół stopnia na godzinę, kąpiącemu się nigdy by nie było za gorąco. Nowe środowiska ustanawiają nowe progi wrażeń zmysłowych - to z kolei zmienia nasze oczekiwania i pogląd na świat. Naszemu światu potrzebna  jest metoda  określania  progów wrażeń zmysłowych oraz dokładne badanie zmian, którym ulegają one pod wpływem postępu techniki. 8/


 

   Obecnie stoimy przed problemem wyboru między wizualnymi i awizualnymi metodami kodyfikowania i analizowania rzeczywistości. Fizyka współczesna przenosi nas w świat niemożliwy do przedstawienia w kategoriach wizualnych, gdyż nie potrafią one oddać występujących tam prędkości ani wielkości.   Do  takich  zjawisk  odwołuje  się  John R. Platt  w pracy „The step to Man”(Krok ku człowiekowi), gdzie wyjaśnia jak będzie można kiedyś zmieścić dwadzieścia milionów istniejących obecnie na świecie książek w bibliotece elektroniczmej nie większej niż główka szpilki.. 9/

 

     Dzisiejsza sztuka popularna silnie angażuje odbiorcę i jest zupełnie pozbawiona tych cech wizualnych którymi odznaczała się uznana sztuka z ubiegłego wieku. Jest wyrazem buntu przeciwko humanistycznej koncepcji sztuki. Cezane jako jeden z pierwszych twierdził, że  zadanie sztuki nie polega na wyrażaniu ideału religijno - moralnego lub    humanistycznego - lecz na tym by odmalować te formy, które dokładna obserwacja pozwoli wyróżnić spośród mglistych impresji wzrokowych. 10/   Konsekwencją takich poglądów był kubizm a później proces stopniowego oczyszczania formy w wyniku którego powstała sztuka abstrakcyjna czyli niefiguralna. Ten typ sztuki rozpowszechnił się wśród artystów wszystkich dziedzin i podobnie jak technika zostanie już z nami na dobre.

 

   Nowy przekaźnik tworzy nowe środowisko,  zmienia również relacje między czytelnikiem a bohaterami. Bohater współczesnej powieści budzi pełne zaangażowanie czytelnika  i  każe   mu  utożsamiać się ze sobą, podczas gdy bohater starych powieści przygodowych był raczej typem arystokraty,  z  którym niełatwo było się identyfikować. Nowy bohater to postać o cechach zbiorowych, a nie jednostkowych, nie jest on całkiem wolny od zewnętrznych nacisków, gwałtu i bezprawia. Podobnie jak zbrodniarz narażony jest na to samo zło, które ma zwalczać. Nowy bohater jest inny dlatego, że reprezentuje wszystkich  swoich   czytelników. Książkowe postacie są więc nieprawdopodobne, sytuacje stereotypowe a koniec można z góry przewidzieć. Mimo tego współczesne powieści mają siłę przekonywania na płaszczyźnie  odczuć. Siła ta tkwi w realności przekazywanych czytelnikowi przeżyć, w ciągłości napięcia oraz  mocnej akcji. Na tej   samej   zasadzie  -  mówi  McLuhan -  współczesne malarstwo nie pozwala na oglądanie dzieła w sposób niezaangażowany i z jednego tylko punktu widzenia. Malarz współczesny stwarza widzowi okazję do prowadzenia dialogu w granicach zakreślonych przez gatunek sztuki odchodzący od racjonalnego świata wizualnego ku pełnemu zaangażowaniu wszystkich zmysłów człowieka .11/

 

  Sztuka jest intelektualnym uzbrojeniem człowieka. Jako antyśrodowisko jest rodzajem czarodziejskiego zwierciadła, w którym możemy oglądać z nową wyrazistością  to,  co nas otacza.  Wiedza  uzyskana  w ten sposób jest naszą obroną przed kolejnym zagrożeniem.

 

   Oto  wyraźny  i  dający  się praktycznie zastosować sposób na przetrwanie nie daje jednak dalszej perspektywy, celu, do którego zmierza ludzkość. Jesteśmy naukowcami, artystami,  politykami, ale często nie uświadamiamy sobie faktu, że gwiazdy wschodzą i zachodzą. Nasza współczesna cywilizacja jest obojętna na gwiazdy nie tylko dlatego, że większość z nas nie może ich zobaczyć. Istnieją ku temu głębsze przyczyny. Nawet jeśli porzucimy miasta, gwiazdy nie zmieszczą się w naszych  projektach powrotu do natury. Po prostu nie ma ich w naszym spojrzeniu na  świat. Patrzymy na nie, odwracamy głowę z zachwytem i podziwem, że mogą istnieć w takiej obfitości. I tylko tyle. Wyjątek stanowią jedynie poeci:

 

a  jednak

słucham - nadsłuchuję

czas

niewiele zmienia

w myśli - mojej

szlak wytyczony został

chyba wcześniej

 

mam na to dowody:

 

gwiazdy na niebie     12 /

 

Nasze więc zainteresowanie kosmosem sprowadza się do śledzenia lotów satelitów: Do takiego właśnie poziomu, przypominającego kolonie bakterii, w których marniejemy od  urodzenia,   zredukowała nas technologiczna mania. Jedynie natura ma swój pierwotny związek z gwiazdami. Człowiek przestał być jej integralną częścią. Zamieszkuje świat coraz bardziej przez  siebie wymyślony.13 /

 

  Zasada gwiezdnej orientacji ważna kiedyś dla rolników, żeglarzy, karawan - obecnie  jest  zapomniana. Myślenie nasze dryfuje bez żadnego celu - coraz większa liczba ludzi trafia do szpitali psychiatrycznych lub żyje w domu uzależniona od środków uspakajających. Straciliśmy orientację w odniesieniu do pór roku (włączamy klimatyzację gdy się pocimy, lub ogrzewamy gdy jest nam zimno): Nasz biologiczny zegar, znany pod nazwą rytmu cirkadialnego (okołodobowego) nadal w nas działa, lecz nie znajduje kontaktu ze światem zewnętrznym.  Staje  się   cyklem uszkodzonym, rosnącym w nas, ale nigdy nie sprzęgającym się z otoczeniem.14 /

Stajemy się nic nie znaczącymi ciałami, maszynami zaprogramowanymi na dowolny zbiór cykli –   oddzielamy się od naszego otoczenia. Czytając o sprawach jasnych i logicznych rozumiemy  je  lecz   nie  pojmujemy. Przyswajanie  czegoś składa się bowiem zarówno ze zrozumienia istoty badanego przedmiotu jak i umiejętności jego zastosowania. Problemy, z którymi nie potrafimy powiązać naszej psychiki, pozostają nam obce i rozumiemy je powierzchownie, bo nie mamy z nimi wewnętrznego związku i dlatego ostatecznie odłączeni jesteśmy od rzeczywistości. Nie dostrzegamy i nie rozumiemy otaczającego nas środowiska

 

   Czyli - dziś artysta staje się także ziemią obiecaną przyszłości. Artysta bowiem kształtuje, analizuje, wyjaśnia formy życia i struktury stworzone przez obecną technikę;  jest nie tylko człowiekiem wykształconym, jest przede  wszystkim   o s o b o w o ś  c i ą    piszącą szczególną historię przyszłości, gdyż tylko on rozumie istotę teraźniejszości (Wyndham Lewis).

 

  Według McLuhana : fakt ten jest obecnie warunkiem przetrwania ludzkości. 15 /  McLuhan nie daje  perspektywy ale daje szansę na przetrwanie - daje czas w którym  człowiek poprzez  kolejne stopnie rozwoju techniki i rozumienia siebie zbliży się do punktu  przecięcia się dwóch równoległych  -  do tej wielkiej niewiadomej jaką jest sens i cel istnienia życia.

 

uderzamy

niebo ziemią

ziemie lotem

i tak wrastamy w siebie

i tak wrastamy w strach

w formę

i tak upływa nam czas

ten niezbadany kruszec

wszechwładnie nam panujący

gdzie człowiek rozrywany

na strzępy - wierzy - że

przeżyje, bo jego   przeznaczeniem

jest  przecież  szczęście

gdyż

w gwiazdach ma los podobno

zapisamy

- los  mocarza    16/

 

 

 

 

 

 

Bibliografia

1.  M McLuhan Wybór pism,  Warszawa, 1975, s. 307

2. Tamże, s. 308

3. Tamże, s. 311

4. Tamże, s. 311

5. Tamże, s. 312

7. Tamże, s. 77                                       

 8. Tamże, s. 319

 9. Tamże, s. 324

10. M.McLuhan Wybór pism  Warszawa, 1975,  s. 327

11. Tamże, s. 22

12. W.Sokołowski Trwanie   pomimo, 1993,  s. 113

13. Robert KG. Temple Tajemnica Syriusza, Poznań  1992,   tom 2, s. 89

14. Tamże, s.89

15. M McLuhan Wybór pism Warszawa, 1975, s. 76

16. W. Sokołowski Trwanie pomimo, 1993  s. 101

 

 

 

*

          

 

Szczęsny Wroński


MOJE ŻYCIE Z PUSIĄ W TLE
(fragmenty dziennika eseistycznego)

 

27.06.03

     Jest w Rawce koło Skierniewic dworek, a w dworku biblioteka. Mieszka tam Wiesław Sokołowski, poeta z żoną Jagą Sokołowską - artystką sztuk pięknych i dwiema córkami: Sabinką, absolwentką historii sztuki i Ewunią, jeszcze uczennicą liceum. Nie byłoby w tym niczego niezwykłego, bo przecież poeci i plastycy mogą mieszkać razem i mieć z sobą dzieci, nie tylko w bibliotekach, ale i pod mostami, w publicznych parkach czy gdziekolwiek. Jednak wśród poetów, istot dosyć egocentrycznych i zapatrzonych w siebie, znalazł się taki jeden, który uwziął się, by ochronić pamięć wybitnych artystów ze Szlaku Królewskiego w Warszawie i innych nieznanych a zasługujących na uwagę, którzy zrządzeniem losu znaleźli się w orbicie jego działań.

     W roku 1976 Wiesław Sokołowski (Sokół) założył grupę artystyczną "ZA", która w roku 1981 przekształciła się w Stowarzyszenie Artystyczne "ZA". Przez cały ten czas do dnia dzisiejszego, Sokołowski gromadzi materiały, realizuje wystawy, akcje teatralne, festiwale Sztuki Najnowszej "ZA"; Publikuje też książki oraz pismo literackie "Trwanie" dokumentujące stan myślenia i czuwania bliskich mu artystów.

     Byłem uczestnikiem wielu z tych działań, które odbywały się na przestrzeni ostatnich pięciu lat. Wiele godzin spędziliśmy na rozmowach. Sporo wydarzyło się między nami na planie, nazwijmy umownie, duchowym. Moje sesje poetyckie w Teatrze Promocji Poezji ("Rozmawiajmy wierszami") realizowane od 2002 roku zainspirowane zostały jego wierszem bez tytułu:

     rozmawiajmy
     rozmawiajmy
     nie ważne jak
     rozmawiajmy
     rozmawiajmy
     rozmawiajmy
     o tym, co się nam
     w głowach nie mieści
     rozmawiajmy
     rozmawiajmy
     rozmawiajmy
     sami ze sobą, na przekór
     wbrew
     na miłość boską
     rozmawiajmy
     w tym kraju każdy
     wart jest rozmowy
     wart jest słowa
               więc
     rozmawiajmy
     rozmawiajmy
     rozmawiajmy


     Tak, rozmawiajmy, Sokole, długo i uważnie, z oddaniem i pokorą starajmy się zrobić wszystko, by ocalić wizerunek poety (artysty) jako bezkompromisowego i pozakoniunkturalnie działającego misjonarza słowa, dźwięku, kształtu, przestrzeni.

     Spotkania z Tobą pozwoliły mi odzyskać wiarę w sztukę, w poezję rozumianą jako nieustannie toczącą się rozmowę artystów poszukujących prawdy, bez względu na wszelkie okoliczności i dezaprobatę różnego rodzaju miglanców od sztuki, uzurpatorów i pieczeniarzy. Utrwaliły też we mnie potrzebę zdecydowanego sprzeciwu wobec traktowania kultury i sztuki przez władze niemal jako persony non grata. Nie przekonuje mnie argumentacja polityków, decydujących o hierarchiach wartości, że w kraju bieda i potrzeby wyższe, w myśl tabeli potrzeb Maslow`a, muszą zejść na plan dalszy. Postanowiłem wyrazić swój bunt i napisałem tekst, "Nikt i Sztuka", a ty zadedykowałeś mi wiersz pt. "Nikt" z najnowszego tomu: "Boże chroń poetów"

     NIKT I SZTUKA

     Sztuka jest skutecznym remedium na chorobę nieistnienia, bo sięga do wartości, które chwilowo można przezwyciężyć, ale nie sposób je zniszczyć. Sztuka poprzez świadomość ciągłości naszego istnienia, sobie tylko znanymi metodami, przebija się przez skorupę schematów do źródła naszej radości, miłości i wolności. Dzięki sztuce stajemy się kimś, kto przyjaźnie spogląda na drugie istnienie i wzbogacając je tym co ma w sobie najlepszego otwiera się na światełko, które stamtąd płynie. Dzięki sztuce rodzi się w nas gotowość do twórczego dialogu ze światem, co jest bez porównania cenniejsze, niż samolubne zachłystywanie się pięknem samochodu czy rakiety kosmicznej.

     Sztuka jest rodzajem ponadreligijnej modlitwy, która wyzwala podmiotowość naszej istoty i czyni nas obywatelami w istocie nieśmiertelnego królestwa. Potrzeba sztuki jest niewątpliwie bardziej pierwotna niż potrzeba posiadania rezydencji z basenem, polem golfowym i lądowiskiem dla awionetki.

     W czasach fascynacji dobrami materialnymi i wzmożonego budowania materialnych podstaw bytu, nastąpiło niebezpieczne zachwianie hierarchii wartości. Sztukę traktuje się jako drugorzędny dodatek, przysłowiową personę non grata. W rankingu naszych udanych zakupów wygrywają modne ubrania, zestawy satelitarne, audiowizualne, szybkie samochody etc. Książkę, teatr, plastykę, muzykę - to co skłania do refleksji - odkładamy na później. Wszak w nieustannym pościgu i rywalizacji o palmę pierwszeństwa każde zatrzymanie jest stratą czasu, zaburzeniem jednostajnego rytmu, jakim jest pęd do sukcesu

     Zbyteczne okazuje się pytanie kim jest ten, który zwycięża. Gdy zdyszani osiągamy już metę, okazuje się, że zwycięzcą jest Nikt. Nikt nie potrafi się cieszyć, ani dzielić owocami swojej pracy, bo jego po prostu nie ma. Nikt żyje w wykreowanej przez siebie pustce wypełnionej pieczołowicie atrakcyjnymi przedmiotami. Codziennie umiera też z lęku, że ten misternie ułożony świat w każdej chwili może runąć. Nikt gorączkowo śledzi doniesienia mediów o wojnach, kataklizmach, przestępczości i innych zagrożeniach, które w ułamku sekundy mogą odebrać mu jego życie, którego w istocie Człowiek-Nikt nie posiada.


     Wiesław Sokołowski

          5
               - Szczęsnemu Wrońskiemu

     nikt
     buduje
     wizjonerskie
     cele

     gdzie sposobem
     na życie staje się
     liczba

     a w świecie liczb
     o honorze niewiele
     wiadomo

     w świecie liczb
     jest tylko władza
     która robi dobrze
     wszystkim -
     to znaczy nikomu
     która dba o wszystko
     to znaczy o nic

     która kocha wszystkich
     to znaczy siebie

 

 

 

*

 

 

Marek Rymuszko

 

TRZYNASTY  KRĄG  SOKOŁA 

 

MOTTO

martwe rzeki

czy są rzekami

martwa wolność czy jest też

wolnością

(Wiesław Sokołowski, fragment Misterium Bolimowskiego)

 

 

- Dotknąć problemu śmierci.

Na wielkim czarno-białym fotogramie płonie sześcian, zawieszony gdzieś między niebem i ziemią. W mroku, który spowija drzewa otaczające leśną polanę, bije w górę słup ognia – symbol płonącego światła. Zapis: Mord zbiorowy jest dla nas czymś nierzeczywistym, czymś, czego nie jesteśmy w stanie pojąć, zrozumieć, ogarnąć. Mimo że fakty mówią:  t a k,  mimo że dowody istnieją, my wbrew zdrowemu rozsądkowi, krzyczymy: nie (...) Sztuka wobec śmierci jest też bezradna. Życie zawsze ją określało i nadal określa.

Sokół zamyka teczkę z rękopisami, odkłada ją na półkę. Dzieli się refleksją:

- Powinniśmy umieć nazwać emocje. Przeobrazić nasz wewnętrzny protest, naturalny sprzeciw wobec przemocy, w impuls tworzenia. Z myślą o tych, którzy żyją i tych, którzy po nas nadejdą.

I

Introdukcja Pierwsza:

Symbioza dnia i nocy, zła i dobra, wojny i pokoju – taką symbiozą co może być?

Symbioza narodu i władzy, Boga i grozy, czasu i objawienia – taką symbiozą co może być?

Oto pytania, na które nie ma odpowiedzi wprost, każda bowiem z tych spraw istnieje jakby samoistnie, a wszelka odpowiedź prawomocna nie jest z kręgu ani rozumu ani wyobraźni.

(fragment Proklamacji dwudziestej czwartej, rok 1985).

Introdukcja Druga:

Boże Mój (a gdzie moja) duma

(z Memoria Arae Wiesława Sokołowskiego)

Introdukcja Trzecia i Ostatnia:

... noc, co pęka pochodnią; APEL POLEGŁYCH.

Jest tak: gdzieś, miliony lat świetlnych stąd, wybuchają raz po raz Supernowe. W każdej minucie, w każdym ułamku sekundy, przeobraża się Wszechświat, którego jesteśmy dziećmi. Prawie nic o nim nie wiemy, bo ciągle jeszcze niewiele wiemy o sobie. I nagle przychodzi ten jeden, jedyny dzień, kiedy eksploduje nasza świadomość i z przeraźliwą jasnością wytycza dalszą drogę. Chwila wyznaczona przez ślepy los? Fatum? Przypadek? Przełamuje życie na pół jak kęs chleba, którego smaku dotąd nie znaliśmy, przeżuwając na co dzień papkę prawd objawionych.

Ta chwila w życiu Wiesława Sokołowskiego, poety mieszkającego w Rawce: siedemdziesiąty piąty rok, jesień. Bolimowska leśniczówka, na grzbiecie plecak. Wędrówka przez puszczę w poszukiwaniu teatru wyobraźni, dla którego scenerią będzie natura.

Znak czasu: Strach / strach o kawałek chleba / oto bieda strach / strach / o błękit nieba / oto cień i źródło / oto wolność - / moja i powalonego drzewa.

Lecz nagle, co to? Pośrodku lasu, w miejscu, gdzie szlak gubi się wśród omszałych konarów, wyrasta dziwna budowla. Trzynaście głazów tworzących krąg. Dokładnie tyle. Nie wiadomo tylko kiedy i przez kogo ułożonych. Jak symbol skamieniałego czasu. Jak mityczne zaklęcie uformowane w bryłę. Jak dalekie echo czegoś, czego niemym świadkiem były stuletnie dęby i jodły, wczepione korzeniami w czarną, milczącą ziemię.

Człowiek z plecakiem nie wie jeszcze, że oto przekroczył trzynasty krąg wtajemniczenia, który przeobrazi do cna całe jego dotychczasowe życia. Pochylając się nad kamiennymi blokami wodzi po nich dłońmi. Panuje niczym nie zmącona cisza; słońce, przefiltrowane przez konary drzew, kładzie wokół długie cienie.

Myśl Sokoła: odkrył wymarzone miejsce, w którym będzie mógł stworzyć swój teatr wyobraźni. Ale najpierw musi poznać jego niezwykłą tajemnicę.

Znów marsz przez puszczę i napotkana przypadkowo furmanka. Czy jadący nią mieszkaniec pobliskiej wsi zna zagadkę trzynastu głazów? Wie, co one znaczą,  z n a c z y ć  mogą?

Starszy mężczyzna ociera pot z czoła, przypala papierosa. Odpowiada:

- To cmentarz zagazowanych, panie. Pełno ich tutaj.

Zapamiętajmy dobrze tę datę: tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty piąty rok, jesień. Właśnie bowiem tego dnia, szukając punktów oparcia w rzeczywistości, które mogłyby stanowić tworzywo dla sztuki, Wiesław Sokołowski znalazł się w miejscu, gdzie nastąpiło odwrócenie tradycyjnych społecznych ról: to sztuka musiała przejąć na siebie rolę  k r e a t o r a  prawd rzeczywistych, nie zaś li tylko wyobrażonych.

 

II

Człowiek grozi, armia grozi, ustrój grozi. Stąd my – ludzie z kamiennych miast – dostajemy zawrotu głowy od zapachu skoszonych łąk. Stąd dziś koń wyścigowy kosztuje milion dolarów, zaś człowiek – z mózgiem Boga – tkwi na ugorze, w rezerwatach, w biedzie dobrobytu i propagandy.

Widzenie więc siebie tu, widzenie i współdziałanie tak, by np. ogień nie spotkał wody, małość zaś nie unicestwiała wielkości. Oto sens – sens mój – gdzie słowo to źródło i owoc ducha; więc umiera ono, gdy staje się celem formy; więc umiera ono, gdy staje się wyłączną własnością materii.

Moja wiedza o świecie jest nikła. Moja wiedza o sobie jest jedyna. Stąd pytam się, pytam i patrzę Ci w oczy. Widzę w nich obawę, gorączkę i strach.

Myślę – sztuka osiadła na mieliźnie – bo odpływa. Myślę – okręty naszej wyobraźni zasypuje piasek propagandy – bolimowskie pola śmierci w drodze.

Tak więc stanąłem – jak pielgrzym – przed bramą. Oto ogromna otchłań, zanurzam się w nią.

Oto otchłań ciszy – i błękit. Tak, błękit ciszy; tonę w niej... Może jest to obraz dramatyczny i banalny. Ale dramat i banał jest udziałem każdego z nas. Dramat człowieka z człowiekiem, człowieka z ideą, człowieka z Kosmosem. Dramat ten – jak wszystko co w naturze – nie przebiega w liniach prostych, w wyborach nieomylnych, rozumowych.

Oto więc sprawa bolimowska: dramat tamtych ludzi niewysłowiony – dotyka nas... dotyka indywidualnie i zbiorowo...

Więc wobec nich, tamtych z lasu bolimowskiego, pytam was i siebie. Pytam i wiem, że wszelka odpowiedź to uproszczenie. A w tym pytaniu niech będzie zawarta cała moja, nasza, wasza bezradność wobec dnia dzisiejszego.

Więc pytam: Czy ty... czy ty słowo „wieczność” jesteś w stanie – dziś, teraz, obecnie – pojąć, unieść, ogarnąć?

Dlatego (...) niech te dłonie wyciągnięte ku nam – w trwaniu – niech zaczną właśnie to pytanie, bowiem człowiek za życia umiera, gdy staje się wyłączną własnością materii.

(Proklamacja dwudziesta druga, październik 1983; Słowo o nowych formach)

 

III

Znany pisarz francuski André Malraux w swojej książce Łazarz przekazuje oczami niemieckiego oficera Waltera Bergera opis ataku gazowego, za pomocą którego Niemcy podczas pierwszej wojny światowej przełamali rosyjski front nad Wisłą. Stało się to – wedle Malraux – w 1916 roku w pobliżu miejscowości Bolgako, zaś pewna liczba żołnierzy, która uczestniczyła w tym wydarzeniu, była rodem z Alzacji. Po tym ataku na froncie rosyjskim nadeszło Verdun, iperyt we Flandrii, Hitler, obozy zagłady. We wstępie do Łazarza, wydanego przez PIW w 1977 r., tłumacz, Julian Rogoziński, skonstatował: Mamy tu do czynienia z czystą fikcją powieściową: Niemcy nigdy w Polsce gazów nie użyli. Podobnie zmyślony został pejzaż, w jakim rozgrywa się tragedia z miejscowością o dość osobliwej nazwie Bolgako. Cała ta nierzeczywista dekoracja wspomaga jedynie autora w ukazywaniu rzeczywistych prawd moralnych.

W trzydzieści kilka lat od chwili napisania przez Malraux Łazarza Wiesław Sokołowski, poeta z podskierniewickiej Rawki ustali, że rzeczywiste prawdy moralne, które francuski pisarz zawarł na kartach swej książki, wbrew przypuszczeniom tłumacza zrodziły się w rzeczywistej dekoracji. Nie mogąc odnaleźć na sztabowych mapach Bolimowa, autor stworzył dla potrzeb powieści miasteczko o nazwie Bolgako, pomylił również rok hekatomby, ale opisane przezeń fakty były prawdziwe. Co więcej, wiele zdaje się wskazywać na to, że wskrzeszenie zbiorowego ludzkiego krzyku, zduszonego przez gaz, obraca wniwecz historyczne aksjomaty. Ich antytezą jest zdanie, które odtąd zacznie towarzyszyć nieustającej wędrówce Sokoła w czasie i przestrzeni. Brzmi ono:

- Przed Ypres był Bolimów.

Gdziekolwiek się pojawił, słyszał: to niemożliwe. Podręczniki podają: dwudziestego drugiego kwietnia tysiąc dziewięćset piętnastego roku, ponawiając natarcie we Flandrii, Niemcy użyli po raz pierwszy pod Langemarck, na północ od Ypres gazów bojowych (tak zwany atak falowy chloru). Sztuka – to także nieraz usłyszy – ma prawo deformować rzeczywistość w imię prawdy artystycznej, jaką pragnie przekazać, nie może natomiast rościć sobie prawa do kreowania prawdy historycznej.

Nie przyjął do wiadomości tego kanonu. Przekroczył strefę zastrzeżoną dla innych. Zanotował: ziemia łowicka jest gigantycznym cmentarzyskiem ofiar kilku ataków gazowych, jakie przeprowadzili tu Niemcy w dziewięćset piętnastym. Na plakatach rozlepionych w kwietniu 1981 roku rzucił otwarte wyzwanie: Niektóre zdarzenia, fakty z przeszłości nabierają znaczeń symboli, do których odwołują się wszyscy i to bez względu na przekonania religijne czy polityczne. Takimi symbolami są Oświęcim i Hiroszima. Takim symbolem może stać się Bolimów.

Fikcja przestała być tylko fikcją. Sztuka przestała być jedynie sztuką. Niepostrzeżenie zatarła się granica między teatrem wyobraźni a sceną faktu. Dla Wiesława Sokołowskiego 40-letniego poety, twórcy i działacza Zrzeszenia Artystycznego „ZA”, które stawia sobie za cel tworzenie nowatorskich wartości kulturowych, medytacja nad tragedią bolimowską – jak mówi sam o sobie – stała się jego  n o c ą.

 

IV

To coś stoi w środku lasu bolimowskiego, to coś musi mieć swoją historię, swoją pamięć, swoje imię. Więc rozmawiam z mieszkańcami, z miejscowymi ludźmi. Niby to z pierwszej wojny, niby to zbiorowa mogiła, niby to zagazowani żołnierze. Ktoś tam coś słyszał, ktoś coś o tym wie, ale nic konkretnego, ale nic pewnego.

Odwiedzał archiwa, biblioteki i muzea. Jeździł od domu do domu, od wsi do wsi, od miasta do miasta. Czytał, zapisywał, przemyśliwał. I już trudno uchwycić moment, kiedy za sprawą tych poszukiwań  fantom nieodwołalnie i ostatecznie przeobraził się w fakt.

Pazerny świecie /co ci przeciwstawić/ – chwile – samoistnych zatraceń /chwile – samoudręczeń/ chwile – gdzie aż strach pomyśleć /że wszystko to co żywe/ że wszystko to co martwe /jest -/ jak noc co pęka pochodnią /jak żar w źrenicach co/ spiętrzył  potok.

Klawisz magnetofonu. Utrwalony na taśmie głos Franciszka Smolińskiego z Bolimowa, rocznik dziewięćset piąty. Miał wtedy dziewięć lat. Jeden z koronnych świadków Sokoła.

Sokoła – czy historii?

- W piętnastym roku ojciec, matka, siostra i ja poszliśmy do wsi Smolarnia... Mieszkaliśmy u niejakiego Szymańskiego tuż pod lasem, to był kuzyn ojca, gajowy. Rosjanie mieli kolejkę wąskotorową. Konie po dwa, trzy wagony ciągnęły, w ten sposób dowożono żywność, zmianę wojska na front. Od wsi Smolarnia do okopów było jakieś dwa kilometry, nieraz słyszeliśmy okrzyki z frontu: Hurra, hurra!. 2 lutego w święto Matki Boskiej Gromnicznej, mieliśmy iść na odpust do Miedniewic. Ze Smolarni do Miedniewic było może dwa i pół, a może trzy kilometry. Ja wstałem najwcześniej, wyszedłem na podwórko i wtedy zobaczyłem taki dym ni coś. Wróciłem do domu, krzycząc, że pali się. Wszyscy zerwali się ze snu i wybiegli na podwórze – a to nie był dym, tylko gaz szczypał w oczy. I za jakieś może dziesięć czy piętnaście minut trzy albo cztery wagoniki żołnierzy ruskich wieźli do Żyrardowa, Grodziska, Pruszkowa i wracali kilka razy po nich. My już do Miedniewic na odpust nie poszliśmy, dopiero na wiosnę pojechaliśmy z ojcem do Żyrardowa.

- Czy może pan określić dokładnie datę?

- Gaz widziałem 2 lutego 1915 roku w godzinach rannych; może była siódma, a może po siódmej. Mieliśmy iść na odpust do Miedniewic (stąd tak dobrze pamiętam ten dzień); tam jest klasztor. Kiedy zobaczyłem gaz, zrezygnowaliśmy z odpustu.

- A więc to była zima?

- Tak, ale lekka: śniegu nie było, tylko chwilami trochę padał.

- Czy dużo pan widział tych zagazowanych i jak wyglądali?

-         -      Jechali w wagonikach załadowanych, ubitych, leżeli jeden na drugim. Ci, co mogli iść – szli. Byli sini, mieli pianę w ustach i pili wodę; widocznie ich to paliło. Wiadrami wynosiliśmy im wodę na drogę.

 

V

Kurz wydłużonym tumanem wzbija się w słońce. Nie rozwija się w pióropusz jak za samochodami, wszędzie jednakowo gęsty i jednakowo wysoki, jak mur. Narasta, choć nie słychać żadnych silników. Droga niknie. Zaczął się atak gazowy (...) Rozlewisko gazu podpełza pod sad jabłoni, zatapia pnie posadzone w regularnych odstępach, włazi na konary. Dno doliny to już tylko żółta mgła, czerwonawa, wzdłuż łąk i zielonych jodeł, spomiędzy których wynurza się widmowo wysoki słup telegraficzny... Rozlewisko gazu prześlizguje się na szerokości kilometra ku wysuniętej do przodu pozycji Rosjan. Wsącza się w las, zasnuwa podnóża jodeł, nie dosięgając wierzchołków, wyłania się na planie dalszym, a wtedy ich czuby podobne zębom piły przebijają się przez mgliste tło, jak na sztychach japońskich. Nie przerywając swojego miękkiego wstępowania zakrywa pola, których wstęgi pną się ku wyżynom, fioletowe łąki koniczyny, ostatnie łany żyta i szerokie prostokąty naszpikowane stogami. Na koniec w najwyższym punkcie, nie opodal okopów rosyjskich zagarnia kępy drzew coraz gęstsze i spłacheć lasu, w którym artyleria powyrąbywała polany. Nic się tam nie porusza...

... Coś pędzi od linii rosyjskich ku gazom: koń, maleńki nawet w lornetce. Gazy suną jakby znacznie szybciej teraz, kiedy zbliżają się do okopów. Koń bez jeźdźca szarżuje na nie rozkołysanym ruchem długodystansowych galopów. Przystaje, kręci się w kółko i wreszcie znowu mknie w lewo, a stukot podków na drodze przenosi ziemia, stukot zdumiewająco czysty, o wiele bliższy niż ów mikroskopijny koń rzucony w bezmiar. Wznosi się rżenie, odbija je dolina. Widać przez lornetkę, jak koń zadziera łeb, żeby zarżeć głosem podobnym do wycia psów. Znów idzie w galop, mknie prosto na gazy. Nie słychać już tętentu. Niknie wśród ciszy.

Nie pojawia się już więcej. Głuchy i nie kończący się marsz gazów zmierza jakby nieprzerwanie aż do granic ziemi, zagubione rżenie, brzegi rozlewiska, niemal wyraziste, zaczynają przydawać tej mgle groźnego ducha machiny wojennej.

Czy Rosjanie opuścili swoje pozycje? Trudno nawet przez lornetkę odgadnąć moment, w którym gazy dotrą do ich okopów. Niebawem je zakryją i, z wyjątkiem owego konia z Apokalipsy, który rży w blasku słońca, zanim runie niby w ofierze, nic nie wyłania się stamtąd... Na dnie doliny jodłowy lasek i słup telegraficzny z izolatorami znikły pod tumanem gazów, na połowie zbocza nieliczne czuby drzew wyzierają jeszcze...

... Czy wróg znalazł sposób, żeby zatrzymać gazy, unieruchomić je na granicy przedpierścienia? Wiatr popycha nową ich falę, która, nie zatrzymując się w marszu, jak gdyby przeskakuje poprzez poprzednie. Berger przypomina sobie: najprzejrzystsza rogówka niebieścieje najpierw, oddech staje się świszczący, źrenica – to nawet bardzo ciekawe – czernieje niemal całkiem... Żaden Rosjanin nie zdoła wytrzymać bólu...

... czy to się dzieje pod tą mgłą, gdzie nic się nie rusza, a która prze naprzód skrętami przedhistorycznych jaszczurów, jakby nigdy nie miała zatrzymać się na ziemi?

(André Malraux Łazarz).

 

VI

Swoje pierwsze Misterium Bolimowskie wystawił na leśnej polanie; tam gdzie trzynaście kamiennych bloków utorowało drogę Nieznanemu. W mroku zapłonął sześcian, symbolizujący otwarcie w czas i przestrzeń. Widzami byli żywi i – umarli.

Przesłanie: Kiedy /jedyną szansą/ istnienia /nas tu/ mówiąc wprost /jest pokój/ tym bardziej /każde działanie/ takie jak nasze /na rzecz tej wielkiej sprawy/ jest potrzebne.

Przesłanie: Tragedię bolimowską, zapomnianą, zdolna jest wskrzesić jedynie sztuka, podyktowana wiarą w człowieka, w jego niezniszczalne prawo do życia, w jego wolę przeciwstawiania się złu.

Przesłanie: Miliardy ludzkich istnień /Setki Języków/ Kilkanaście zwalczających się kultur /Dziesiątki Milionów wyznawców/ Tysiące wiar /A jedna/ Jałowiejąca do dziś bezbronna /Systematycznie deprawowana i ograbiana/ Planowo tępiona i mordowana Myśl – ziemia.

Przesłanie: Ojczyzna /to wielka obojętność mogił/ dymi /wybucha  w z n o s i   s i ę/ w otchłań ciszy iskrą.

Kolejna ekspozycja w spichrzu nieborowskim. Czas trwania: maj – październik 1984 r., realizacja: Jaga Słowikowska, z zawodu plastyk scenograf, w życiu prywatnym żona Sokoła.

Zapis: Forma wystawy w spichrzu nieborowskim to nie tylko droga przemyśleń, ale także kształt naszych ograniczeń. Uderzenie w kotły (...) dłoń, las dłoni wyciągniętych w przestrzeń ku nieznanemu (...), litery atakujące swoją wielkością i abstrakcją – oto środki artystyczne, na jakie się zdecydowaliśmy. W tej atmosferze, w tej świadomie zaaranżowanej przestrzeni, informacje o charakterze ikonograficznym nabierają mocy głosu. Idąc tropem, śladem naszym (...) można powiedzieć, że dialog sprowadziliśmy do kilku ważnych – naszym zdaniem – znaków i problemów. Oto jesteśmy formą, życiem – stąd np. pytamy: Martwe rzeki czy są rzekami? Pytamy – w kręgu, w którym tkwimy; w kręgu trwania pomimo.

Zapis: W czasie pierwszej wojny tu był stały front. Trwał dziewięć miesięcy. I tutaj, na tym terenie, Niemcy po raz pierwszy puścili gazy bojowe, tzw. chlor. Ustawione butle były w okopach i za pomyślnym wiatrem ten gaz ciągnął. I tutaj wytruto masę żołnierzy rosyjskich, ale powiedziałbym, że nie rosyjskich, bo w większości to byli Polacy tak po stronie Niemów, jak i po stronie Rosjan. Później powtórnie Niemcy użyli gazu bojowego, ale  w i a t r   s i ę   o d w r ó c i ł  i Niemcy się potruli. Cała pierwsza linia była wytruta żołnierzy niemieckich. Wyglądali jak Murzyni, czarni, na ustach różowa piana. A ci, co jeszcze żyli, karmieni byli mlekiem (z relacji mieszkańca Bolimowa Stefana Konopczyńskiego włączonej do Misterium Bolimowskiego).

Zapis: W bitwie nad Rawką koło Bolimowa Niemcy po raz pierwszy w Polsce użyli broni masowego wyniszczenia: 31 maja 1915 i 12 czerwca 1915 – skutecznie, natomiast 6 lipca na skutek zmiany kierunku wiatru użyty gaz odwrócił się na pozycje niemieckie i wytruł całą  pierwszą linię.

6 lipca 1915 pod polskim Bolimowem pierwszy raz w historii ludzkości niszczący żywioł obrócił się przeciw tym, którzy go wyzwolili. Jego ofiarami stali się wszyscy: ci, których miał unicestwić i ci, których celem było unicestwienie. Ludzie ludziom zgotowali ten los, ale kiedy dopełniła się Apokalipsa, przestały istnieć bariery, wyznaczane przez kierunek ataku i barwy mundurów. Żołnierze niemieccy dźwigali na plecach zagazowanych nieprzyjaciół; Rosjanie ratowali wrogów umierających w przeciwnym okopie. Zbratała ich wspólna tragedia oraz świadomość, że  p o k ó j  jest sprawą  i s t n i e n i a,  a nie obszarem  w a l k i.

Raz jeszcze Zapis (André Malraux Łazarz):

... gazy znikły za liną wzgórz. Została tylko po nich japońska mgła na dnie doliny i czarniawa smuga na wszystkim, czegokolwiek dotknęły, jakby przemarsz ich pozostawił kawał zimy pod rozsłonecznionym niebem (...) Pomiędzy szerokimi, zastygłymi ławicami mgły ludzie pełzną niby wśród mokradeł, rozpraszają się, skupiają. Na wierzchołkach jodeł wiatr szamoce strzępami rdzawych obłoków (...) Słychać tylko wiatr. Na całym obszarze ataku nie ma już nikogo. Nie ma już wojny, nic, oprócz oślepiającego słońca nad sielskim bezmiarem, nad miastem drewnianym osobliwie nietkniętym tam, z jego baniastą dzwonnicą.

... człowiek bez bluzy wynurzył się z okopów. Człowiek dwóch i pół metra wzrostu, na króciutkich nóżkach... Bez maski. Zatrzymuje się, pada. Pod nim jest drugi. Na całą długość okopu ludzie w koszulach, białe plamy wyraziste mimo odległości, wychodzą bez ryjów. Wszyscy zbyt wysocy, niczym jarmarczni olbrzymi, których głowy umieszczone również za wysoko bambałakają na kijach niewidzialnych mioteł. Dlaczegóż u diabła ci żołnierze pozdejmowali bluzy i ryje?
Przełamuje się ten i ów olbrzym jarmarczny. Odpada część ciała od koszuli, pozostała część dalej sunie naprzód. Każda składa się z dwóch ludzi: jeden niesie drugiego. Czyżby już tylu rannych? I wciąż ta cisza pod wiatrem! Zieloni żołnierze w maskach ładują znów białe plamy na ramiona, kuśtykający orszak niknie w przejściach wyciętych między zasiekami. Nie zmierza ku Rosjanom: zawraca.

Na całej linii, wśród przejść – splątane rojowisko żołnierzy z ryjami, którzy niosą białe plamy, poruszające się ostrożnie; mrówki niosące mrówcze jaja – nadciąga kompania za kompanią. Porzucają pozycje rosyjskie. Wśród ciszy, bez jednego wystrzału armatniego.

(...)

Patrząc na ścianę drzew, których co wyższe czuby zachowały zieleń wśród wiatru, na bardzo strome zbocze widoczne przed owymi piekielnymi lasami, Berger uzmysławia sobie klęskę, jaka dotknęła kompanie: setki ludzi w koszulach dźwigają inni ludzie (...) Ponad głębokimi parowami światło wycina w sylwetki – nie pomijając zagajników – ohydny świat lasu zamienionego w ciecz. Ciało wyparte do góry, w koszuli również, wynurza się z ramionami zwisającymi jakuz zdejmowanych z krzyża. Za nim ten, który je niesie. Pierwszy Niemiec zagazowany...

To nie Niemiec, to Rosjanin.

Ale niosący jest Niemcem. Zdejmuje maskę, spogląda z nienawiścią na Bergera.

- Co się dzieje? Co? Co?

(...)

Żołnierz czyni wysiłek całym swoim torsem, uważa, by ciała nie upuścić, a jednak jest brutalny, jak gdyby twarzą Rosjanina chciał cisnąć w twarz Bergera. Nagłym ruchem ramienia odrzuca w tył zwisającą głowę, która odwraca się, znikają włosy podobne do tytoniu, pojawia się twarz zagazowana, straszliwa. Z szynelu bucha odór gorzki i słodkawy zarazem, ten sam co z połamanych gałęzi. Ruch, sposób, w jaki Niemiec trzyma ciało, wyrażają braterstwo niezdarne i rozpaczliwe.

 

VII

Kiedy jesienią osiemdziesiątego trzeciego roku zjawił się w redakcji z maszynopisem, niczego jeszcze o nim nie wiedziałem. Miał już wówczas na poparcie swoich racji nie tylko książkę francuskiego pisarza, którą tłumacz jednym sztychem pióra odesłał do świata fikcji, lecz również spisane skrupulatnie relacje świadków. Mówili o tym, co przeżyli; co widzieli na własne oczy; co zapamiętali.

Jeden z tych, do których dotarł Sokołowski, wspominał: Chmura dymu szła, słońce wrzeszczało. Krowy trzymały pyski przy ziemi. Kiedy dochodziliśmy do Wiskitek, ledwo przytomny byłem. Przede mną szedł żołnierz, chusteczkę trzymał przy twarzy, nie wiem, czy doszedł, bo minąłem go. Dusiło mnie strasznie, mordowało. Spałem cały dzień, całą noc, a na drugi dzień, nie wiem, czy wstałem, czy nie. Pamiętam tylko jak zaglądali do mnie i pytali, czy żyję.

Inny: Jak Wola Miedniewicka, to tam, gdzie zakręt, gdzie teraz krzyż stoi, zwozili zagazowanych. Ci, co byli na pierwszej linii, mówili, że gaz przeszedł nad nimi górą, dopiero zaczął truć drugą i trzecią linię.

A kolejny: To był straszny koniec świata. Leżało to wszystko na ulicach, zwały ludzi. Rozpacz brała człowieka na widok tych nieszczęśników. Ci, co konali, rwali na sobie mundury. Młodzi chłopcy. Za co to? Za co ta wojna?

Świadków tamtych wydarzeń żyje już niewielu, coraz bardziej zawodna okazuje się też ludzka pamięć. Trzeba więc się spieszyć, bo jutro może być za późno. Drukując swój reportaż? Artykuł, esej? Przed Ypres był Bolimów, Wiesław Sokołowski zaapelował: niech żywi wskrzeszą umarłych, dadzą świadectwo prawdzie, wydobędą z mroków zapomnienia zbrodnię, którą świat skwapliwie zapisał na konto literackiej fikcji. Podał adres, pod który można kierować listy: Zrzeszenie Artystyczne „ZA”, 96-106 Skierniewice, ul. Berlinga 2, tel.: (0-46) 833-10-23. Podsumował: Wędrując od wsi do wsi, od chałupy do chałupy, od mogiły do mogiły, czułem, jak wzrasta we mnie bolesna świadomość, że właśnie tu, na równinie mazowieckiej, na polach, łąkach bolimowskich, w dolinie rzeki Rawki, odbyła się pierwsza współczesna lekcja, gdzie nie ma już ról dla zwyciężonych czy zwycięzców. Tu nikt z nas nie ma żadnych szans.

 

VIII

Dokonujemy wyboru co dzień, co noc, dokonujemy może na ślepo, może intuicyjnie, ale z intencją rozjaśnienia siebie, nas, życia.

Oto „ZA” – od swoich narodzin, a trwa to już 20 lat – było zawsze, nade wszystko, czymś ponad, było bowiem  m i e j s c e m  nadziei, miejscem, gdzie istniała pewność, że nie spotkamy się z obojętnością, wrogością czy urzędniczym sprytem.

Dziś więc – pomyślmy – jakie może być np. porozumienie między tymi, którzy są w sobie wypaleni, puści, martwi, a między tymi, którzy są wprowadzani w błąd przez lata, pomniejszani, wyciszani...

A jednak ci  o s t a t n i  są dziś nośnikami duchowości promieniującej, emanującej, wznoszącej.

I choć oświadczenie nasze nie rozwikła tej sprawy, niemniej może zasygnalizować i częściowo jakby wyjaśnić, kogo np. nie możemy zaprosić do naszego Zrzeszenia:

po pierwsze – artystów nieżyczliwych nam, naszej drodze, naszej bezinteresowności,

po drugie – artystów, o których mówi się, że  s ą,  ale z tego mówienia nic dla naszej sprawy nie wynika,

po trzecie – artystów, których nie znamy i których  n i g d y  nie poznamy.

Z setek więc działających twórców będziemy mogli zaprosić do siebie niewielu.

(Proklamacja artystyczna dwudziesta szósta; Zaproszenie do „ZA”, 1985 r.)

 

IX

Czas: tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty pierwszy rok; miejsce: aula Politechniki Warszawskiej. Przyłączająca swoim ogromem przestrzeń zamknięta kopułą. Marmur, krużganki, architektoniczny rozmach. Pod szklanym dachem wisi wielki, czarny sześcian – dzieło Jagi, żony Sokoła. W dole, tam, gdzie amfiteatr, symbole ludzkich postaci; papierowe worki, z których wystają wznoszące się ku górze ręce. Jak ostatni, urwany nagle krzyk bólu i rozpaczy. Jak próba ucieczki przed tym, co ma się nieuchronnie dopełnić.

Na ścianie transparent z hasłem; tym samym, które w trzy lata później tak dalece zaniepokoi urzędowe władze w Łowiczu, iż co rychlej nakażą jego zdjęcie: Martwe rzeki czy są rzekami. Martwa wolność czy jest też wolnością.

Motto: Idziesz za słaby, by umrzeć /Idziesz za mocno by żyć.

W zapadłej nagle ciszy Sokół rąbie drzewo, którego drzazgi rzuca pod zawieszony w przestrzeni sześcian. Na oczach widzów rośnie symboliczny stos.

I oto postaci z papieru zaczynają płonąć, unoszą się do góry. W powietrzu fruwają kawałki zwęglonego papieru i sadzy, które z wolna opadają w ludzki tłum. Widzowie chwytają je rękami, przygarniają do siebie, ściągają w jakimś dziwnym transie, zapamiętaniu...

... nadchodzi taki moment, w którym czas nas rozlicza. Więc cóż można przeciwstawić szekspirowskiej myśli: najpierw trwoniłeś czas, dziś czas trwoni ciebie? Oto –  p a t r z  – wystawa mówiąca wprawdzie o śmierci i zbrodni, ale nade wszystko i wbrew rozumowi – kreująca życia... Ile ich będzie i gdzie? – zależeć będzie od ciebie, od nas samych.

Na marmurowej posadzce pozostały skrawki zwęglonego papieru. Trzeba było je potem długo sprzątać, o co władze administracyjne uczelni miały do artystów pretensje, zwłaszcza że podpalania symbolicznych postaci nikt z nimi wcześniej nie uzgodnił.

Czerń historii przegrała rywalizację z fetyszem czystych podłóg.

 

X

Po publikacji poświęconej bolimowskiej hekatombie, Wiesław Sokołowski otrzymał listy, o jakie apelował. Nadawca jednego z nich, Andrzej Malinga z Lublina, przypomniał m.in. wydaną przed wojną przez Główną Księgarnię Wojskową książkę Romana Muwastowskiego Wśród trujących mgieł. Zdaniem jej autora niemieckie ataki gazowe nad Rawką podczas pierwszej wojny stanowią niezaprzeczalny fakt, jednak pierwszy z nich nastąpił 12 czerwca 1915 roku, a więc w dwa miesiąca po tym, gdy pod Ypres zgotowano śmierć 15 tysiącom żołnierzy. Muwastowski opisał między innymi przyjazd na miejsce bolimowskiej bitwy berlińskiego profesora Fritza Habera, twórcy gazów bojowych, który chciał osobiście zbadać skutki użycia swej broni na żyjących jeszcze ofiarach. Ów profesor występuje również na kartach powieści Malraux. Podczas obiadu, który spożywa wspólnie z oficerami sztabowymi, zapowiada przełamanie nazajutrz rosyjskiego frontu, szeroko rozwodząc się nad śmiercionośnymi właściwościami gazu, jaki wynalazł. Oznajmia: Chemia zapewne stanowi broń definitywną, broń wyższą i narodom, które będą nią operować umiejętnie – które nią będą rządzić! – przyniesie preponderancję światową... Nie inaczej! Może hegemonię na całym świecie, proszę ja panów.

Tak – oto – po zrzuceniu przez aktorów kostiumów literackich – po raz kolejny zatarła się granica między realnym a wyobrażonym.

Niemiecki porucznik, Max Wild zanotował pod datą 12 czerwca 1915 r.: Była pomyślna pogoda, wiatr dął w stronę nieprzyjaciela i butle z gazem znajdowały się już gotowe w czołowych okopach. Nasze oddziały opuściły je i nieco w tyle oczekiwały oczyszczenia terenu. (...). Jednocześnie nasza artyleria rozpoczęła ostrzeliwanie granatami tyłów nieprzyjacielskich pozycji (...). Kiedy uznano, że gaz podziałał na nieprzyjaciela i że nie zaszkodzi już nacierającym oddziałom, nasza piechota wyruszyła (...) To, co zobaczyłem – to była zgroza, która urągała ludzkiej fantazji. Ludzie, zmagający się w śmiertelnej walce, wlekli się na czworakach i jak w obłąkaniu rwali na ciele odzież. Jeden leżał, wczepiwszy palce w ziemię, drugi obok z szeroko rozwartymi źrenicami. W oczach jego tkwiło przerażenie przed niepojętym. Świszczące, zatrute oddechy mówiły o niezmiernej męce konających. Niebieskie wargi, niebieskie to, co wcześniej w oku było białe, w kątach ust żółta piana. I nieopisana groza na twarzach! Czy to była jeszcze wojna? Czy też było to tylko prawdziwe oblicze wojny? (...) Widziało się, jak wzdłuż rosyjskich okopów zatruci Rosjanie zaściełali pole. Podejmowano ich z ziemi i odnoszono w tył.

Później – mówi Muwastowski – był jeszcze jeden atak: 6 lipca 1915 r., kiedy wiatr zmienił kierunek i gaz przyniósł śmierć tysiącu dwustu żołnierzy niemieckich. Wynikałoby z tego, że koronny świadek Sokoła Franciszek Smoliński, który twierdził, iż Niemcy użyli chloru już 2 lutego 1915 roku, musiał się zapewne pomylić.

Zapewne – nie znaczy jeszcze  n a   p e w n o.

Najciekawszy okazał się list mieszkańca Milicza, Jana Woźniackiego, który urodził się i wychowywał we wsi Kamionka Mała, obecnie Popielarnia. Woźniacki, rocznik 1910, pisał:

I wojnę światową pamiętam jak przez mgłę, ale, będąc już starszym chłopakiem przypominam sobie, co o gazie mówił mój ojciec i inni ludzie. Widziałem też, jak z kości padłych od gazu usypano kopiec w pobliżu Miedniewic, około 500 m od klasztoru na obu brzegach strumyka, nad którym kilometr w górę rzeczki stała nasza chata. Ojciec mój opowiadał, że gaz doszedł do naszej chaty, ale nie był już śmiertelnie groźny. Wywoływał łzawienie oczu, a potem zauważono, że nadrzeczne olszyny miejscami miały porażone liście – jakby zardzewiałe.

W zasięgu gazu znalazły się: Nowa Wieś, Kamionka Duża, Wola Szydłowiec, Siarkowiec. Jak daleko był zagazowany teren Bolimowa w górę Rawki – nie wiem, ale był na pewno, gdyż w Guzowie była zawalona trupami zagazowanych obora dla krów należących do pracowników cukrowni.

Topografia terenu jest tam taka, że gaz nie mógł dotrzeć do wsi Popielarnia, południowej części wsi Nowa Wieś i Kamionka Duża, ze względu na osłonę tego terenu przez kompleksy lasów, a do Smolarni nie mógł dotrzeć również z uwagi na odległość. Natomiast na północ od wsi Wola Szydłowiecka teren jest bardzo otwarty i tam gaz mógł poczynić jeszcze większe spustoszenia i bodaj uczynił, gdyż skąd by się wzięły zwały trupów w Guzowie? (...)

Nie wydaje mi się, by gaz był użyty zimą, 2 lutego 1915 roku. Z opowiadań mego ojca wynika, że olszyny miały liście. Zimą trupy zagazowanych leżałyby długo na zamarzniętej ziemi, a nic o tym nie słyszałem. Mówiono natomiast o tym, że zakopywano trupy na polach ledwo przysypując je ziemią.

Jeszcze przed 11 listopada 1918 roku, ale niedługo przed tą datą, Niemcy oczyszczali teren z trupów zagazowanych żołnierzy rosyjskiej armii, w której było dużo Polaków. W pobliżu klasztoru miedniewickiego wykopano w wysokich grobach dwa olbrzymie doły i do tych dołów wrzucano kości i resztki ciał wykopanych na polach. Kości te zwożono dwukołową skrzynią. Robili to miejscowi chłopi jako szarwarki. O liczbie złożonych tam ciał świadczą rozmiary obu kurhanów i ich wysokość. Na oko określam rozmiary kurhanów na 20 x 12 x 2 m ponad groble. Oba kurhany połączone były schodkami i kładką przez strumyk. Po lewej stronie strumyka znajdowało się kilka mogił indywidualnych. Na mogiłach były nazwiska dwóch generałów, pułkownika i jeszcze jakichś znaczniejszych oficerów. Dziś tam tylko zostało wgłębienie w kopcu.

Na obu kurhanach postawiono po 7 krzyży prawosławnych. Podczas srogiej zimy ktoś zaczął wycinać te krzyże na opał. Druga taka zbiorowa mogiła zagazowanych jest gdzieś na polach dawnego wolińskiego folwarku, tuż pod Guzowem.

Cmentarz, który pan oglądał pod leśniczówką Tartak, blisko wsi Mogiły, to cmentarz żołnierzy niemieckich, poległych nad Rawką. Drugi, jeszcze bardziej okazały, jest we wsi Humin. Cmentarze te zostały zbudowane po 1920 roku przez Towarzystwo Grobów Wojennych (może zwące się inaczej), za niemieckie pieniądze. Oba cmentarze niemieckie cechuje duża trwałość; są solidnie zbudowane i obłożone blokami granitów.

O cmentarze żołnierzy rosyjskich i polskich nie zatroszczył się pies z kulawą nogą. Jak dzielono dworską ziemię miedniewickiego folwarku, groble z nieboszczykami znalazły się w posiadaniu obdarzonych ziemią. Jakiś czas groble i kurhany były tylko wypasane przez bydło, ale z czasem zaczęto groble rozorywać i siać na nich zboże. Kurhany nie zostały chyba dotąd zaorane, choć nie wiem tego na pewno, ale boki kurhanów zaczęto już podorywać tak, że sypały się z nich kości. (...)

Z tego, co pan napisał wynika, że reprezentuje pan coś, co się nazywa „ZA”. Trudno wnioskować gdzie to „ZA” jest skierowane, ale byłbym panu wielce zobowiązany, gdyby pana stowarzyszenie było „ZA” tym, by nie rozorywano kurhanów z kośćmi zagazowanych żołnierzy. Niech spoczywają w spokoju, a gdyby tak spowodować remont tych kurhanów i zabronić ich niszczenia, byłoby to dzieło warte historii. Czy tylko Niemcy mogą mieć porządne cmentarze swoich żołnierzy?

Nawiązując do tego listu Sokół powie:

-         -      Stąpamy po ziemi, która jest wielkim grobowcem.

 

XI

Dziś więc pokój nie znaczy siebie. Czyli, jeśli pokój, to trzeba pytać – jaki? Pokój panowania człowieka nad człowiekiem, idei nad ideą, doktryny nad doktryną, przemocy nad bezbronnością. Więc człowiek jako narzędzie. W świecie takim pokój tych od rządzenia nie może być pokojem tych od posłuchu!!!

Z proklamacji artystycznej Wiesława Sokołowskiego Pokój zakazany?).

Refleks świadomości: Więc rytuał życia Słowianina – wydaje mi się – może być źródłem inspiracji dla współczesności, bowiem w tolerancji, w solidarności tkwi niewyczerpalne źródło pokoju.

Nie są – trzeba to powiedzieć otwarcie – dzieckiem, na które się chucha i dmucha, a w zamian za dobre sprawowanie obsypuje nagrodami. Bo niby mają w swej nazwie magiczne słowo ZA, ale urzędnikowi samo ZA jeszcze nie wystarcza. On wolałby mieć absolutną pewność,  z a   c z y m  tak naprawdę Sokół i jego przyjaciele się opowiadają. A to nie jest, niestety, do końca jasne. Weźmy na przykład tamten transparent, który został zdjęty na polecenie naczelnika Łowicza. Nie bez powodu pobudził czujność lokalnych decydentów. Mniejsza o rzeki, niech one sobie będą martwe, jeśli już muszą, ale martwa wolność? Co to, to nie.

Albo wiersz, opublikowany w zbiorze Memoria Arae Pustynia /w konarach sadu/ gdy psy gończe /warczą/ pustynia /w głowie/ gdy armie wrogie /naprzeciw stoją/ gotowe myśl wytępić /swobodną/ i nas.

Kiedy go po raz pierwszy składał do druku, spotkał się z pytaniem:

- Panie Sokołowski, o jakie psy gończe panu chodzi i dlaczego one warczą? A te armie... co pan miał właściwie na myśli?

Po raz n-ty więc tłumaczy swoje pojmowanie sztuki, która, tak uważa, jest  u p r a w i a n i e m  człowieka. Uprawiamy się, żeby nie wyjałowieć, żeby żyć, oddychać, i w tym jest element naszego heroizmu. Człowiek /któremu odebrano/ na zawsze /prawo do twórczego oporu/ czy nawet jawnego buntu /staje się wtórnym analfabetą/ któremu nie jest w stanie pomóc nikt /a cóż dopiero dobrobyt/ graniczący z lękiem niedostatku pragnienia.

Twórczy opór, wtórny analfabetyzm, lęk niedostatku pragnienia? Bacz pilnie, Sokole, by skrzydeł, które cię unoszą, ktoś nie podciął. W rzeczywistych dekoracjach zbudowanych przez innych, może nagle zabraknąć miejsca dla Waszego – Twojego i Agi – sześcianu, pojmowanego jako symbol otwartości świata. Przekraczając trzynasty krąg, w którym niejeden jeszcze pług, orząc ziemię, wygrzebie z niej pobielałe ludzkie kości, zatoczyłeś w życiu wielkie koło. Znalazłeś się w punkcie, w którym przed kilkudziesięciu laty niszcząca siła, odbierająca ludziom życie i prawo do istnienia – n a przekór złu – przywróciła im godność i człowieczeństwo.

 

XII

Ścieżka zbacza ku pozycjom niemieckim. Skacze po niej ktoś na czworakach, konwulsyjnie, Nagi. Jeszcze dwa metry, zjawa unosi szarą twarz o oczach bez białek, rozciąga wargi, jakby zawyć miał epileptyk. Berger schodzi na bok. Oszalała z bólu, miotająca się niczym wszyscy szaleńcy świata, jak gdyby ciało jej zamieszkiwała już tylko męczarnia, kilkoma żabimi skokami zjawa zanurza się w zgniliznę.

Wycie przeszywa ciszę przedhistoryczną; wycie nadludzkich cierpień przechodzi w miauczenie.

Chociaż Berger nie (...) porusza rękami, prawa z nich dygocze. Mięśnie ściągają się, jak gdyby całe ciało pragnęło zwinąć się w kłębek, łokcie napierają na żebra z taką wściekłością, iż major niemal traci oddech. Podobne nawiedzenie lękiem wierzący nazywają zapewne obecnością demona. Duch ZŁA jest jeszcze silniejszy od śmierci, tak silny, że trzeba znaleźć Rosjanina, który nie byłby zabity, obojętnie jakiego, zarzucić go sobie na plecy i uratować.

(A.   (A.  Malraux Łazarz).

(B.   (B.   

XIII

Mówią mu nieraz, ostatnio jakby częściej: Sokół, po co ci to wszystko? Ten Bolimów, gaz, umarli? Prawda, że historia, samoświadomość, obojętność mogił, mają swój wielki, uniwersalny wymiar, ale czy to nie jest mimo wszystko  o b o k?

Odpowiada: W sztuce – jak w życiu – istnieje wiele ścieżek, traktów i szlaków, a wśród nich bywają i takie, które nawzajem się znoszą, chwilami nawet wykluczają. Trudno jednoznacznie wyrokować, jaka tendencja jest niższa, a jaka wyższa, co wstępuje, co zanika, lecz każdy z nas czuje, co go buduje, wznosi, wie także, co go rujnuje, niszczy, wyjaławia. Zrzeszenie Artystyczne ZA jest więc także prawnym zabezpieczeniem od poglądów i działań obcych nam, naszej wrażliwości, naszej drodze.

We wstępie do Łazarza, który powstał znacznie później niż sama książka, bo w połowie lat siedemdziesiątych Malraux zanotował: Hitler, obozy zagłady, cały ten korowód nie zmazuje epileptycznego dnia, kiedy człowiek przekształcił się w demona, jak gdyby po eksplozji jądrowej. Gdyby lotnik sam siebie wysadził w powietrze, używając swojej bomby, zamiast rzucić ją na Hiroszimę, nie zapomnielibyśmy o nim nawet po drugiej eksplozji; a powracam do tych spraw jedynie z tej racji, że szukam w duszy przecięcia dróg, na którym ZŁO absolutnie przciwstawia się braterstwu.

... Mam wiadomości dostateczne o tym, co działo się owego dnia, żeby wyobrazić go sobie. Z tego, co działo się następnie, nie pozostało nic. Wspomnienia opublikowane urywają się na ambulansach. Nie liczymy na to, byśmy po latach sześćdziesięciu odkryli cokolwiek. W Alzacji pod koniec 1944 roku nikt nie pamiętał już nazwisk tych ludzi, którzy ocaleli pod Bolgako. Historia zaciera nawet ludzką niepamięć. Owa błyskawica rozproszyła się zaraz w niebycie dni wojny, drugi bowiem pułk, który nadciągnął na linię frontu wraz z ambulansami, przerwał linie rosyjskie.

I dalej: Zrywając kurtynę Szekspir czyni z banału śmierci rewelację Makbeta, Hamleta, Prospera, objawia nam to, co wiemy. Wraz z pierwszymi gazami bojowymi Szatan pojawił się znów na świecie, ale Plaga nie zmogła ślepego instynktu życia, który zmartwychwstał w jedynym lesie Europy, gdzie żyją do dziś żubry czwartorzędu. Czy znamy więcej przykładów, gdzie człowiek i śmierć zostali zmiażdżeni wspólnie pierwotnym braterstwem – zapisanym w człowieku, zaprogramowanym, jak powiedzieliby drwiąco informatycy? Owego dnia, co nadszedł z równie daleka, jak Zło, półbestia głębin, gdzie zrodził się człowiek, odkryła, tocząc ślinę, wyzwanie Prometeusza. Będąc już może pod władzą śmierci, chronię się w opowieści o jednym z najbardziej zagadkowych drgań życia.

Wiesław Sokołowski – w przeciwieństwie do Malraux – uważa, że sprawa Bolimowa, im bardziej oddala się w czasie, będzie  r o s ł a.  Kilka lat później odnalazł kolejnego świadka tamtych wydarzeń: mieszkającą w Nieborowie Stefanię Ostrowską, która zapamiętała, że w 1914 roku, jesienią przywieźli do Młodzieszyna żołnierzy zatrutych gazem. Było to na placu fabrycznym w cukrowni. Paliło się światło. Oni leżeli ponakrywani, w słomie, na podwodach. Jęczeli, stękali, mamrotali... Widziałam dużo podwód, bo ja wiem, może z siedemdziesiąt. Ludzie przychodzili, oglądali ich. Wszyscy szli, jeden za drugim.

Czyżby więc wyzwanie: Przed Ypres był Bolimów miało okazać się czymś więcej niż tylko ulotnym okruchem czasu, który przeminął i coraz bardziej kurczącej się ludzkiej pamięci? Chłodnemu sceptycyzmowi historyków, utrzymujących, że Niemcy po raz pierwszy użyli gazów nad Rawką dopiero po przełamaniu frontu pod Gorlicami, Sokół przeciwstawia  r a c j e   s e r c a.  Ripostuje: Ponad martwe, udokumentowane fakty, wyżej stawiam świadectwo żywego człowieka. Nawet jeśli człowiek ten dobiega już kresu swoich dni, i czego nie należy wykluczyć, myli się. Fakty bowiem zawsze można zweryfikować, a ludzkie życie bezpowrotnie przemija.

W ostatecznym rozrachunku nie jest już zresztą tak istotne, co było najpierw, a co potem. Ważne, że  było i że zostało ocalone od zapomnienia. Przekraczając w bolimowskim lesie krąg trzynastu kamiennych bloków, stanowiących granicę mitu i faktu, Sokołowski dotknął problemu śmierci w jego uniwersalnym, ludzkim wymiarze.

Może ktoś zapytać, po co ten hałas, po co ta cała krzątanina wokół sprawy, która przeszła, minęła. Ale, kiedy dziś można przenieść w nicość wszystko i to w chwil parę – wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat znad rzeki Rawki stają się symbolem, który ludzi bardziej chyba łączy, niż dzieli. Najwyższy więc czas, aby – w swoim prywatnym laboratorium, jakim jest nasz świat – stworzyć bliższą współczesności perspektywę dla słowa „pokój”. W takim właśnie kontekście należy widzieć moje poszukiwania i próby ustalenia prawdy, dotyczące pierwszego ataku broni masowego wyniszczenia. Poprzez wystawy, spektakle, poprzez zajmowanie się sprawą bolimowską czynimy pokój, czynimy pokój w sobie i wokół nas.

Sztuka i rzeczywistość, prawda i fikcja w życiu Wiesława Sokołowskiego zlały się w jedność. Niepotrzebne okazały się dekoracje, zbudowane przez fabułę. Popiół i krzyk wcześniej czy później zrodzą – zrodzić powinny – pokój. Twoje, moje, nasze milczenie jest pokojem.

W cieniu bolimowskiej puszczy, w dorzeczu Rawki; rzeki, której próżno szukać na kartach nieomylnych atlasów świata, rośnie i potężnieje z każdym dniem Trzynasty Krąg Sokoła.

 

PS

Tekst ten został nagrodzony w III ogólnopolskim Turnieju Reporterów im. Melchiora Wańkowicza w 1987 r. Jego bohater, Wiesław Sokołowski nadal dokumentuje historię bolimowskiej Apokalipsy sprzed osiemdziesięciu kilku lat. Podany w reportażu telefon i adres poety są aktualne.

 

 

 

 

Wróć na stronę tytułową